You are currently browsing the tag archive for the 'muzyka' tag.
Wydaje mi się, że ta jesień trwa już całe lata, a ja od zawsze biegam o tej dziwnej porze przed świtem, po ciemnych, pustych ulicach. Musi minąć jeszcze co najmniej trzy i pół miesiąca zanim dzień się wydłuży na tyle, abym mogła to odczuć o piątej nad ranem. Straszny szmat czasu – nie wiem, jak przetrwam tę zimę.
Koniec weekendu. Plany biegowe zaliczone. W tygodniu łącznie 49 km. Chyba mocno spadło dziś ciśnienie, bo cały czas męczy mnie ból głowy i nieokreślone znużenie. Biegałam dziś o 6:30 i strasznie się zmęczyłam: było mi tak ciężko, jakbym cały czas biegła pod górkę. Postanowiłam więc skrócić trochę trasę, zakręciłam w kierunku domu na wysokości Cmentarza Wolskiego, potem przecięłam Park Górczewska i Lazurową do domu. Wyszło 9 km. Nawet nie chce mi się o tym pisać. A myślałam, że za pięćdziesiątym razem będę lewitować wzdłuż trasy. Podejrzewam, że to przejściowe problemy, bo wczoraj czułam się świetnie. Może za długo spałam.
Biegam z muzyką. Od dawna – chyba od urodzenia Maksia. Obecnie w zasadzie nie wyobrażam sobie już biegania bez muzyki, dlatego wolę biegać sama. Muzyka odgradza mnie trochę od własnych defetystycznych myśli, a trochę kieruje je na inne tory, tak jakby pobudzała mózg do pozytywnego, kreatywnego myślenia. Podobnie zauważam, że znacznie lepiej mi się myśli i pracuje, gdy słucham muzyki, a już najlepiej, żeby była mocno energetyczna. A do biegania – to już w ogóle: musi być gonitwa bitów. Madonna świetnie się do tego nadaje i jak dotąd nie mam na prywatnej playliście nikogo, kto by ją pokonał – no może z wyjątkiem Oakenfolda, ale mimo wszystko wolę Madonnę. Może dlatego, że to kobieta.
Trochę już jest tak, że z porannym bieganiem jest mi lepiej niż bez. Piotr wyjechał na trzy dni i zostałam sama na posterunku, co oznacza, że jutro rano nie pobiegnę. Czuję w związku z tym dość silny wewnętrzny niepokój i nawet trochę kombinowałam co by tu zrobić, żeby sprzedać Maksia na noc do babci – żebym mogła rano pobiegać – ale w porę oprzytomniałam i powiedziałam sobie: no już nie przesadzaj dziewczyno, dziecko ma prawo przespać się we własnym łóżku. No więc jutro wstaję później, a dzisiaj mogę później iść spać. Ten mój cały eksperyment zaczyna mi uświadamiać, jak działa mechanizm wyrabiania w sobie nowych nawyków. W tej chwili niecodzienne wydaje mi się spanie do szóstej, a czwarta trzydzieści stała się normą.

Pół roku czekania i… już po wszystkim. Podobno odleciała z Warszawy godzinę po zakończeniu koncertu. Zanim jednak wsiadła do samolotu, dała show, które będzie się długo pamiętać. Które JA będę długo pamiętać. No chyba mogę bez większej przesady napisać, że czekałam na ten koncert od lat. Dawniej, kiedy Madonna omijała Polskę, kasandrzyłam, że ona nigdy nie przyjedzie do naszego zaścianka. A teraz proszę: nie dość, że dała koncert w Warszawie, to jeszcze raptem sześć kilometrów od mojego domu, prawie, że na moich śmieciach. Ech – Madonna, Madonna.
Jest bosko. Urlop od półtora tygodnia. W tym samym miejscu, co w zeszłym roku – oto magnetyczny urok Morza Bałtyckiego, które tym razem postanowiło wynagrodzić nam wytrwałość i przywiązanie z lat poprzednich, i raczy nas nieprzerwaną słoneczną, upalną pogodą od samego przyjazdu, czyli już ponad dziesięć dni. Siedzimy na plaży dzień w dzień i nie wyściubiamy nosa poza nasze letnisko. Przeczytałam już dwie grube książki, kończę trzecią. Powoli zaczynam tęsknić za Warszawą i myśleć o powrocie do pracy.
Usiadłam właśnie, żeby napisać tu coś mądrego, coś namaszczonego. Słowa wylewają się ze mnie, ale jednocześnie jestem jak zakneblowana, sensownego zdania w głowie nie mogę sklecić. Więc był sobie dzisiaj taki to a taki dzień, myślałam o tym i owym, wydarzyło się to i owo. Z rzeczy nieistotnych, które przemknęły obok mnie niepostrzeżenie, wymienić mogę co następuje:
Jeszcze jeden wpis dzisiaj, nie mogę się powstrzymać. W zeszłym tygodniu kupiłam nowa płytę Röyksopp Junior i jest na tej płycie piosenka, która uwiodła mnie od pierwszego przesłuchania. Jako singiel zostanie wydana dopiero w maju, ale już zbiera niezwykle pochlebne recenzje. To jest chyba najlepsza kompozycja Röyksopp ever: z hipnotycznym, obsesyjnym nastrojem, zapada w pamięć natychmiast. Ta piosenka to The Girl and the Robot. Śpiewa szwedzka wokalistka Robyn. Dla mnie odkrycie tegorocznej wiosny.

Od dwóch dni zastanawiam się, czy o tym napisać, bo to dość zabawne, ale w końcu, pod wpływem różnych myśli, niekoniecznie wesołych, napiszę. Otóż uległam pewnej muzycznej infekcji. Wydawało mi się, że na tego typu wirusy jestem uodporniona od lat conajmniej dziesięciu (wyjątkiem jest babcia Madonna, za którą przepadam odkąd skończyłam trzynaście lat), ale okazuje się, że w moim układzie immunologicznym jest pewna luka. Wskoczyła w nią nieoczekiwanie niejaka Rihanna. Straszne, prawda?
Właśnie wróciliśmy z Piotrem z koncertu Jeana Michela Jarre’a. Z nas dwojga to nie ja jestem wierną wielbicielką twórczości tego artysty, aczkolwiek doceniam jego dokonania i pełną rozmachu wizję. Jest już trochę późno, może więc jutro napiszę coś więcej, dzisiaj tylko dwa zdjęcia: zrobione moim małym Nikonem P5100. Jutro też o podróży w Alpy.





Komentarze