You are currently browsing the tag archive for the 'macierzyństwo' tag.

Letni dzień, popołudnie. Kuchnia, okno z widokiem na drzewa. Słychać szum deszczu. Przy zlewie stoi kobieta. Płucze truskawki i odrywa im zielone ogonki. Po kuchni kręci się kilkuletni chłopiec.

Mamy od niedawna strażaka w rodzinie. W poniedziałek powalił na kolana wszystkie dziewczyny w przedszkolu, łącznie z tymi dorosłymi. Wychowawczyni strażaka uznała nawet za stosowne podzielić się ze mną pewną myślą, mianowicie taką, że za dwadzieścia lat… to wie pani... Tak, wiem co będzie za dwadzieścia lat, widzę to oczami wyobraźni i zazdroszczę im wszystkim
Na obrazkach oczywiście nasz strażak, w całkowicie nieprofesjonalnej, zaimprowizowanej sesji zdjęciowej autorstwa mamy. Read the rest of this entry »

Ostatnie pięć dni – od czwartku począwszy – pod znakiem choroby Maksia. Co drugi dzień badany jest przez lekarzy, oczywiście za każdym razem jest to inny pediatra, i jak dotąd jedynym skutkiem kuracji jest to, że Maks leży krańcowo osłabiony, prawie cały czas śpi, i nawet nie otwiera oczu, gdy odzywa się cichutkim głosem. Wirus. Jestem dość mocno wystraszona, w takim stanie jeszcze go nie widzieliśmy. Jutro mamy mu zrobić badania krwi i moczu, i na razie nie wyobrażam sobie, jak przetransportujemy go do przychodni. Leci przez ręce.
Jestem, jestem. Tyle że na razie nie mam nic ciekawego do napisania, bo chwilowo mój nastrój czołga się w dolnych rejestrach. Hasło na dziś, a pewnie i na jutro, to sokratejskie: Wiem, że nic nie wiem. Albo nawet gorzej. To jest oczywiście dobry punkt wyjścia do wszelkich procesów wzrostowych, ale ponieważ nie znoszę czuć się niekompetentną, podczas gdy obecnie tonę po uszy w chaosie informacji – w związku z tym trochę się denerwuję i czuję dyskomfort. Jedyne, co nie pozwala mi ulec panice, to świadomość, że ten stan w końcu minie. Podobno.

Autoportret z chłopakami na kanapie u moich rodziców. Obrazek dość sielankowy, ale takie były te święta. Po tygodniach całkowitej zajętości, kiedy poświęcałam moim panom mizerne ułamki czasu, nareszcie mogłam nie robić nic, oprócz celebrowania rodziny. Myślę, że tegoroczne Boże Narodzenie zapamiętam dobrze. Co jest miłym zaskoczeniem, zwłaszcza że jeszcze na dwa dni przed Wigilią miałam do nich stosunek wybitnie negatywny. Po raz kolejny potwierdza się reguła, że tok zdarzeń potrafi być całkowicie odmienny od naszych oczekiwań i niechętnych nastawień.
Zostało mi jeszcze sześć dni roboczych. Zaczyna się czas pożegnań. To zabawne, ale chwilami czuję się tak, jakbym leżała na łożu śmierci. To porządkowanie spraw doczesnych, spisywanie testamentu, rozdawanie dobytku rodzinie i przyjaciołom, oddawanie zaległych długów i zbyt długo przetrzymywanych książek. Zmiana pracy ma w sobie coś z odchodzenia na tamten świat; zwłaszcza po tylu latach. Tak samo nie wiesz, co cię czeka po drugiej stronie.
Niedziela. Trzeci dzień siedzę w domu z chorym szmorem i już mnie nosi. Dzisiaj było wyjątkowo sennie, nie licząc nerwowego poranka, kiedy znowu musieliśmy wykonać rajd na dyżur pediatryczny do naszej przechodni, gdyż Maks oświadczył o ósmej rano, że bolą go uśki. Przed oczamy stanęło mi widmo ponownego zapalenia ucha, więc wolałam tego nie lekceważyć. Na szczęście okazało się, że zapalenia nie ma, tylko ucho kataralne – cokolwiek by to miało znaczyć. Niestety ani jutro, ani we wtorek nie wydobędę się z domu: dostałam kolejne dwa dni zwolnienia na dziecko. W środę o świcie wyjeżdżam do Austrii.
Z kroniki rodzinnej. Dzisiaj w nocy, o godzinie 0:45, moja siostra powiła syna. To mój pierwszy rodzony siostrzeniec; ciotecznych mam dość sporą gromadkę. Jestem więc niesamowicie dumna, zwłaszcza że po dokonaniu odpowiednich pomiarów okazało się, iż siostrzeniec to chłop nie ułomek, parametry ma słuszne, ponadstandardowe, i podobno jest sensacją oddziału porodowego w szpitalu Św. Zofii. Moja siostra to bardzo dzielna dziewczyna.
W końcu się odważyłam: wyjęłam buty biegowe z szafy. I założyłam je nawet. Nadal pasowały. Legginsy, kanarkowa kamizelka, w której wyglądam jak pracownik służb oczyszczania miasta, czapka z daszkiem. Na rękę forerunner, w uszy słuchawki. I pobiegłam.
Takiej pogody w Święto Zmarłych nie pamiętam. Atmosfera w tym słońcu była niezwykła. Oba odwiedzone przez nas cmentarze: Bródnowski i Wolski skąpane w ciepłych kolorach, malarz impresjonista nie wiedziałby pewnie, w którą się obrócić stronę. Jeżeli zaś chodzi o moją amatorską twórczość, to psuje mi się moje narzędzie pracy, a mianowicie lustrzanka Nikon d70s. Chyba coś nie tak z elektroniką; dzisiaj znowu odmówiła mi posłuszeństwa, zablokowała obiektyw, musiałam przesiąść się na kompakta. Myślę o kupnie nowego body.








Komentarze