You are currently browsing the tag archive for the 'Łosiowe Błota' tag.
Dwa biegi w ciągu jednej doby. W sobotę rano standardowa pętla 10 km po mojej bliższej i dalszej okolicy. Sucho i mroźno, termometr pokazywał -3 stopnie, całe Jelonki spowite były lodowatą mgłą znad pól za Lazurową, mgłą, która osiadała w postaci białego szronu na trawnikach, drzewach, samochodach. Jesienna przyroda ścięta mrozem: liście posypały się z drzew, gdzieniegdzie brodzi się w nich po kostki.
Jutro mam zamiar dokonać rzeczy, której nigdy wcześniej nie robiłam: totalne ekstremum w wersji wyłącznie dla największych twardzieli. W ramach weekendowego resetu szarych półkul będę biegać jutro dwa razy. Pierwszy raz – o świcie, o stałej porze (niestety nie mogę pospać, bo mamy sprawy na budowie i Piotr z samego rana wyjeżdża na spotkanie z wykonawcą), drugi raz – w środku nocy. Z soboty na niedzielę. Łączny dystans w ciągu 24 godzin będzie wynosił pewnie niewiele ponad 20 km, co samo w sobie nie jest żadnym wyczynem, bo takie odcinki biegało się drzewiej z cotygodniową regularnością – chodzi mi raczej o odjechane pory biegania, no i czysto naukowe zaciekawienie, jak mój organizm zniesie niedobór snu. Gdy biegam z samego rana, to wieczorem muszę się położyć najpóźniej o 22., bo po prostu zasypiam na stojąco. Jutro nie dość, że nie będę mogła zasnąć o stałej porze, to jeszcze o 23:30 będę musiała biec ponad 10 km i do domu wrócę pewnie około drugiej nad ranem. Szaleństwo. Ale jakże inspirujące.

I tak to wygląda. Obraz nędzy i rozpaczy. Miejsce straciło wiele ze swojego uroku i stało się błotnistą, przeoraną wzdłuż polaną. Po pomoście nie ma śladu – ten, kto go demontował, starannie usunął jego wszelkie pozostałości. Przeszłam po błocie do samego końca tego śladu i nawet nie chciało mi się wchodzić dalej, w tamte krzaki na końcu polany. Smutno.
W ostatnich dniach w kręgach fanów biegania po Łosiowych Błotach rozeszła się smutna wiadomość: pomost w rezerwacie Łosiowe Błota, pomost na naszym kultowym bagienku zniknął. Został zdemontowany, rozebrany, usunięty. Podobno nie został po nim ślad.

Otóż. Dziś wieczorem miało miejsce wiekopomne zdarzenie, warte odnotowania w pełnej mitów i legend historii biegania po Łosiowych Błotach. A mianowicie, zza mgły zapomnienia, z domowych pieleszy, sprzed komputerów i maszyn drukujących, wydobyły się postacie dawno na Łosiowych nie widziane, a już na pewno nie w tym kultowym, legendarnym wręcz składzie.
Kolejna niedziela z niezwykłą pogodą. Temperatura jak na tę porę roku bardzo wysoka, było chyba z piętnaście stopni, w słońcu naprawdę bardzo ciepło. Wybieraliśmy się do ZOO. Odwiedzamy je kilka razy w roku. Podjeżdżamy dzisiaj na Ratuszową, a tam nie ma gdzie szpilki wetknąć – tyle samochodów na chodnikach, a do kas biletowych długa na kilkadziesiąt metrów, szeroka kolejka. Nawet się nie zatrzymywaliśmy: natychmiastowa zmiana planów i powrót na lewy brzeg Wisły. Do Łazienek.
Wczoraj nareszcie wydobyłam się z domu i pojechałam do lasu. Częściowo czując na karku oddech niedzielnej imprezy (Nike+ The Human Race), która będzie ode mnie wymagała pokonania biegiem dystansu 10 km, a częściowo – z silnej potrzeby odizolowania się fizycznego i mentalnego od całej otaczającej mnie rzeczywistości. No i chciałam jeszcze zaleczyć moralniaka po moim wtorkowym wyskoku z tym nieszczęsnym klapsem na gołą dupinę.
Prawa Murphy’ego rządzą naszym światem. Weźmy na ten przykład parasole. Bierze się parasol wychodząc rano do pracy – bo podobno ma padać – a tymczasem do końca dnia nie spada nawet jedna kropla deszczu. Następnego dnia – ta sama historia. Trzeciego dnia wygląda się rano przez okno – błękit nieba ostro lśni, na pewno nie będzie padać – więc z czystym sumieniem parasol zostawia się w domu. Efekt? Wychodzi się z pracy w sam środek oberwania chmury. Podobnie jest z myciem samochodu. Można przez tydzień, przy pięknej pogodzie, jeździć zakurzonym autem; w końcu decydujemy się oddać pojazd do myjni, gdzie doprowadzają go do lśnienia i wysokiego błysku karoserii. Następnego dnia budzi nas stukanie deszczu o parapet. Wystarczy krótki przejazd do pracy, a samochód znów uświniony.
Niewiele brakowało, a nigdzie bym nie pojechała. Wpadłam do domu jak burza, zamierzając błyskawicznie przebrać się i jechać na Łosiowe, aby jeszcze za dnia zrobić moją tradycyjną pętlę. Po całym dniu siedzenia za biurkiem łydki miałam nabrzmiałe od bezruchu, oczy czerwone jak królik, w głowie lekką migrenę i ogólne rozdrażnienie. Około 16. zaczął w Warszawie padać intensywny deszcz – uwielbiam deszcz, nie mogłam przepuścić takiej okazji.









Komentarze