You are currently browsing the tag archive for the 'kobieta' tag.
Przegrzewają mi się obwody. Pod koniec tygodnia jestem tak zmęczona, że jedyne co jestem w stanie zrobić to wydusić z siebie kilka zdań na blogu i wypić piwo, żeby mimo wszystko zasnąć. Kolejne noce w niby-półśnie, niewiele różniące się od jawy, wstaję z bólem głowy, zmuszam się do wstania i zupełnie nie wiem, jak mi się to udaje. Piotr wysłał mi dzisiaj do pracy via Skype piosenkę The Girl and The Robot Röyksopp, że niby taka świetna do biegania, i napisał – to dopiero męska subtelność! – że tytuł powinien być The Girl as a Robot. Nie wiem, czy to miał być komplement, czy wręcz przeciwnie. Chyba raczej nie komplement.
No zupełnie dzisiaj nie mam głowy do pisania tutaj. Czuję się jednak w obowiązku – wszędzie te obowiązki! – napisać te kilka zdań, bo potem zapomnę, pomyli mi się wszystko i eksperyment runie. Środa, czwartek – biegałam zgodnie z planem. Wczoraj deszcz, dzisiaj mgła. Jesień, głęboka jesień w przyrodzie. Ile tych liści na chodnikach! Gdzieniegdzie już gołe gałęzie strzelają ku niebu. Pod Cmentarzem Wolskim festiwal chryzantem: pola żółtych kwiatów stojących w ordynku, w czworobokach, kwiatów puszystych, świeżych, i wcale nie nostalgicznych – dumne chryzantemy, symbole chińskiej władzy cesarskiej – nawet w świetle latarni, pozbawione słońca, żółcą się nieprzyzwoicie. Przepiękne kwiaty.
Dzień, w którym wszystko idzie nie tak jak powinno. Jak już się spieprzy jedna rzecz, to kolejne lecą jak kostki domina, mimo że między nimi nie ma żadnego związku przyczynowo-skutkowego. Poranek – biegałam. W kiepskim nastroju, to i samopoczucie fizyczne kiepskie, mimo śmiesznie niskiego tętna utrzymującego się poniżej 150 uderzeń. W końcu, na Wolskiej, maszyneria się zatrzymała i stanęłam w miejscu, właściwie nie wiem nawet dlaczego. Madonna sączyła mi do ucha swoje klasyczne pościelówy i prawie przy tym usnęłam. Włączyłam więc odpowiednio mocną muzykę i pobiegłam dalej, nie było innego wyjścia. Kilka kilometrów dalej, już bardzo blisko domu, zauważyłam, że nie mam jednej rękawiczki. Wysunęła mi się cichcem z niezapiętej kieszeni kurtki – moja ukochana rękawiczka posiadająca najprawdziwszą kieszonkę z przeznaczeniem na kluczyk. No i musiałam się wrócić – zdeterminowana, że w razie czego pobiegnę pod prąd nawet po całej trasie, bo ta rękawiczka musi leżeć gdzieś na środku chodnika. Na szczęście rękawiczka odnalazła się po trzystu metrach: leżała, biedna, tak jak przewidywałam, na samym środku chodnika, płaska jak naleśnik, z daleka wyglądająca jak czarny patyczek. Czekała na mnie. Byłam bardzo szczęśliwa, że mam ją znowu przy sobie.
No tak – wczoraj były moje kolejne urodziny. Czas leci zdecydowanie zbyt szybko. Nie wiadomo właściwie na czym upłynął mi ten rok. Na tym i na owym. Wszystko jest za mgłą – niby jak wczoraj, ale jednocześnie niesamowicie odległe. Idę tą swoją dróżką, posuwam się chyba do przodu, ale w przeciwieństwie do upływającego czasu – czy nie za wolno…? W którym momencie życia zaczyna się czuć na karku oddech tego Wielkiego Poganiacza, jakim jest czas?

Ideał mężczyzny? Taki, który potrafi zadbać o niski poziom cukru we krwi swojej ukochanej kobiety. Mężczyźni, którzy gotują, są strasznie sexy. Moi dwaj upichcili dzisiaj rewelacyjne spadekki bolonieze. Na obrazku – przygotowywanie mięska do sosu pomidorowego. Ja to mam dobrze.

Z kilkudniowym opóźnieniem, ale jest: zdjęcie specjalnie dla Pita, z ukłonami za pamięć. Tort urodzinowy Maksia. Maksio w ostatnią niedzielę, 12 lipca, skończył cztery lata. Cztery lata! Trudno uwierzyć, że to już taki szmat czasu od tamtych dziwnych dni. Tort został wykonany przez moją siostrę i był przepyszny. Zdetronizował – kto wie, czy nie na zawsze – nieśmiertelnego Black Forresta z Carrefoura w Reducie na Jerozolimskich. Siostro, strzeż się: zamiast nagrywać dźwięk do filmów, będziesz niebawem musiała otworzyć małą cukierenkę, aby nadążyć z zaopatrzeniem tortowym dla bliższej i dalszej rodziny.
Zdaje się, że to już dwa tygodnie, odkąd mnie tu nie ma. A deszcz pada i pada. Ale to nie z powodu deszczu. Po prostu za dużo zajęć. W domu ospa wietrzna, ja tonę w papierach, w pracy też się dzieje. Do urlopu pozostał mi tylko miesiąc, mam wrażenie, że do terminu wyjazdu będę musiała się doczołgać. No naprawdę – dość mocno zmęczona jestem. Ale to chyba żadna nowość w czerwcu? Muszę znowu dokonać zmian w moim życiu, jakoś o siebie zadbać, bo inaczej przedwcześnie się zestarzeję. Te zmęczone oczy w lustrze – żaden super-hiper krem nie pomoże.

Letni dzień, popołudnie. Kuchnia, okno z widokiem na drzewa. Słychać szum deszczu. Przy zlewie stoi kobieta. Płucze truskawki i odrywa im zielone ogonki. Po kuchni kręci się kilkuletni chłopiec.
Z samego rana potworna wtopa, gafa i wpadka w jednym, aż wstyd się do tego przyznać. Nie wiem, jak to możliwe, ale zapomniałam o Biegu Truskawki. Po prostu zapomniałam. I w sumie nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że w tym biegu miałam wystartować razem z Pitem – bo w tym biegu jest taka opcja, że można biec parami, tzn. para jest potem razem klasyfikowana. Pit – przyjmij proszę moje publiczne przeprosiny. Czerwienię się na samo wspomnienie dzisiejszego poranka – zawaliłam na całej linii. A stało się tak dlatego, że nie zapisałam tego biegu w żadnym kalendarzu, których ponoć mam aż cztery, czego Pit nie omieszkał mi wytknąć podczas rozmowy telefonicznej
A zatem prostuję: kalendarze mam tylko dwa. Jeden zwykły, “odręczny”, w którym bazgrolę terminy prywatne, a drugi – elektroniczny, w którym mam terminy i spotkania zawodowe, a także niektóre terminy prywatne. Tym razem jakimś dziwnym trafem stało się tak, że Bieg Truskawki nie znalazł się ani w jednym, ani w drugim kalendarzu. A czego nie ma w moim kalendarzu – to po prostu nie istnieje. Może w przyszłym roku uda mi się nie zawalić sprawy, przykleję sobie rimajndera na lodówce
Od rana gorzki smak na języku. Wraz z upływem godzin krzywiłam się coraz bardziej, ten niesmak rozlewał się po moich żyłach i zatruwał każdą komórkę ciała. Późnym popołudniem skrajne wyczerpanie: marzyłam tylko o tym, aby iść spać. Jakoś dotrwałam do dwudziestej, Maks już w łóżku, Piotr usadowił się przed telewizorem, aby obejrzeć Finał Marzeń; właśnie myłam zęby zamierzając położyć się natychmiast do łóżka i poczytać przed snem moje ulubione opowiadania Zew Cthulhu H.P. Lovecrafta, gdy nagle – wspomnienie jak rozbłysk flesza – przypomniały mi się dwa wiersze. Nauczyłam się ich na pamięć jeszcze w liceum, i teraz zabrzmiały mi w głowie pełnym głosem, z dokładnym odtworzeniem intonacji, z jaką recytowałam te utwory dawno, dawno temu. Wyprostowałam się nad umywalką i zagapiłam na siebie w lustrze: ciekawe, jakimi ścieżkami wędrowały moje myśli, że przypomniały mi się, właśnie teraz, Tren Fortynbrasa i legendarna Potęga smaku Zbigniewa Herberta.




Komentarze