You are currently browsing the tag archive for the 'kilometraże' tag.
A po nocy przychodzi dzień. Nareszcie wygospodarowałam chwilę czasu, aby zająć się moim dziennikiem treningowym (na zdjęciu powyżej), który ostatnio traktowałam wybitnie po macoszemu. Bo skoro się nie biega, to po co do niego w ogóle zaglądać? Okazuje się jednak, że wystarczy rzut oka na puste wiersze w tabeli excelowej i mizerne sumy kilometrów, a nie dość, że wyrywa się z mego gardła pełne niesmaku słowo (żenada!), to dodatkowo – traktuję to jako niespodziewany bonus dla mojej niknącej w oczach motywacji – czuję ostre dźgnięcie pod żebro, niby ostrogą: może jednak trzeba coś przedsięwziąć, żeby tych kilometrów było więcej.
W zasadzie to nie ma co podsumowywać. Czerwiec był totalną katastrofą. Coś jest dziwnego z tymi dwoma miesiącami kończącymi półrocza – czerwcem i grudniem – że wszystko się w nich zawsze spiętrza, kumuluje i wpędza mnie w permanentny niedoczas. Wyjątku od reguły nie było i tym razem. Właściwie to nawet nie wiem, kiedy ten miesiąc minął. Tylko mignął mi przed oczami, jakbym jechała pociągiem TGV.
Tradycyjny comiesięczny look w moje biegowe statystyki. Nie jest dobrze. Powiem więcej: jest całkiem źle. Wprost badziewnie. Moje plany przygotowań do jesiennego maratonu zakładały stały przyrost miesięcznego kilometrażu o około 15%. Tymczasem progresu nie ma – jest regres, w maju przebiegłam mniej niż w kwietniu. I ten godny pożałowania fakt napawa mnie wstydem. Wpędza mnie w zły humor i czuję coś jakby ból zęba. Mało tego: to wszystko sprawia, że jesienny maraton staje się wydarzeniem mgławicowym: można go już chyba zaliczyć do kategorii Mrzonki.
Krótki rzut oka w moją biegową buchalterię.
W ciągu siedmiu lat biegania przebiegłam 8532 km – licząc włącznie z wczorajszym treningiem. Na samym początku nie liczyłam kilometrów zbyt dokładnie, ponieważ nie dysponowałam wówczas narzędziem – oprócz dość prymitywnego sposobu, jakim było użycie mapy i kawałka nitki – które w sposób precyzyjny pokazywałoby mi zrobione w terenie kilometry. Ale mam z grubsza policzone, że w 2001 przebiegłam 489 km, a w 2002 – 903 km. Począwszy od 2003 roku mam zalogowany w dzienniku treningowym każdy bieg, a ponieważ wówczas zaczęłam biegać po dobrze pomierzonych i przeważnie tych samych trasach, więc błąd pomiaru, nawet jeśli występuje, to jest dość niewielki.
Anyway, na dzień dzisiejszy licznik pokazuje mi zgrabne, acz nierówne 8532 km.







Komentarze