You are currently browsing the tag archive for the 'historia' tag.
Dwa biegi w ciągu jednej doby. W sobotę rano standardowa pętla 10 km po mojej bliższej i dalszej okolicy. Sucho i mroźno, termometr pokazywał -3 stopnie, całe Jelonki spowite były lodowatą mgłą znad pól za Lazurową, mgłą, która osiadała w postaci białego szronu na trawnikach, drzewach, samochodach. Jesienna przyroda ścięta mrozem: liście posypały się z drzew, gdzieniegdzie brodzi się w nich po kostki.

Dwa tygodnie temu, przeglądając stare notesy przy okazji wyprowadzki z firmy, znalazłam w jednym z nich dwa wycinki prasowe z Gazety Wyborczej, pochodzące z ostatnich dni 1999 roku. Niestety nie wiem, z jakiego dnia dokładnie, bo oczywiście wycięłam je ze szpalty pracowicie i równiutko, pozbawiając je daty, tak istotnej z perspektywy prawie całej dekady.
W niedzielę wieczorem skończyłam Łaskawe i z ulgą zamknęłam ponadtysiącstronicowe tomiszcze. Piszę o tym dopiero dzisiaj, ponieważ dopiero wczoraj – we wtorek rano, w samochodzie, gdy odstawiłam Maksia do przedszkola i jechałam do pracy, w pięknym słońcu i pierwszym mroźnym powietrzu tej zimy, co przywiodło mi na myśl okrutne rosyjskie mrozy dziesiątkujące niemieckich żołnierzy na froncie wschodnim – refleksje o Łaskawych zaczęły układać się w mojej głowie w jakiś spójny obraz. Dopiero teraz zaczynają się klarować interpretacyjne wątki, chociaż na pewno nie zdołałam wyłowić wszystkich. Na każdą literaturę patrzy się przez pryzmat własnych doświadczeń, własnych zainteresowań i własnej wiedzy. Z całą pewnością inaczej odbieram Łaskawe niż na przykład pan Leopold Unger z Wyborczej, który Auego nazywa katem. Czy ja mogłabym z pełnym przekonaniem powiedzieć, że Aue to kat? To pytanie ciągnęło się za mną przez tysiąc stron tej powieści. Odmienność doświadczeń powoduje różnice w percepcji i w ocenach. I cały czas nie wiem, czy ta powieść w ogóle mi się podobała! Być może jest tak, że ze względu na jej ciężkostrawny temat trudno tu mówić o podobaniu się, czyli o stosunku emocjonalnym nacechowanym pozytywnie, ale faktem jest, że Łaskawe wciągają. Podejrzewam, że na tej samej zasadzie, na jakiej kusi nas dyskretny urok wszystkiego co złe i zakazane.
Jeszcze o Izraelu. Chciałabym słów parę o włoskiej restauracji, do której w Tel Avivie zaprowadził mnie Piotr, a która wykreowaną atmosferą oraz smakiem dań i win pobiła na głowę wszystko, czego do tej pory doświadczyłam w kategorii Kuchnia Włoska Na Mieście (bo oczywiście nic nie może się równać z naszym domowym aglio olio e pepperoncino, po szczegóły odsyłam do notki z kwietnia pt. Kulinarnie).
Za niecałe dwa tygodnie lecę na południowy wschód. Mimo że przygotowuję się do tej podróży od maja, to zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić czegoś tak egzotycznego, jak joycat w Tel Avivie. Na Ziemi Świętej. Tam gdzie dwanaście plemion Izraela. Gdzie Jerozolima, w której współistnieją trzy największe monoteistyczne religie świata. Totalny odlot.
Rok 490 p.n.e. Trwa wojna grecko-perska. Armia perska dowodzona przez Dariusza ląduje pod miejscowością Maraton, zagrażając bezpośrednio Atenom.
“[...] Ateńczycy, mimo iż w głosowaniu opowiedzieli się za aktywną polityką Militiadesa, wciąż wzdragali się na myśl o tym, że mieliby sami stanąć i stawić czoła budzącym grozę najeźdźcom. Ledwie armia demokracji, kierując się pod Maraton, zniknęła z pola widzenia, pewien człowiek opuścił miasto, udając się w przeciwnym kierunku, na południe, na Peloponez. Był to niejaki Filippides, słynny atleta, najwybitniejszy w mieście biegacz, człowiek o niebywałej wytrzymałości i szybkości. Przebywając oszałamiającą odległość ponad 225 km w ciągu zaledwie dwóch dni, drugiego wieczoru swego biegu zszedł z dzikich wzgórz na północy Lacedemonu do doliny Eurotasu. Gdy słońce skryło się za szczytami Tajgetu, Filippides dotarł do luźnego skupiska nieufortyfikowanych koszar i świątyń – Sparty.
“Ogrom państwa Inków zadziwia, gdy wziąć pod uwagę bariery utrudniające transport i komunikację. Doliny i wzgórza zbiegające z gór do oceanu przecinały szlaki z północy na południe; przemieszczać się było tym trudniej, że Inkowie nie znali koła (cały transport odbywał się na grzbietach lam lub ludzi) i nie rozbudowali żeglugi przybrzeżnej. Komunikację zapewniali jednak biegacze i tragarze.
Wzdłuż szlaków, mniej więcej co półtorej hiszpańskiej mili (około 7 km) rozmieszczone były po obu stronach drogi domki dla kurierów. Biegacz patrzył tylko w jedną stronę, czekając na przesyłki do przekazania do następnej stacji. Kurierów przygotowywano do tej pracy od najmłodszych lat; biegnąc przez całą dobę, potrafili pokonać przeciętnie 50 mil hiszpańskich dziennie (240 km!). Kronikarz Bernabe Cobo podaje, że podróż z Limy do Cuzco, około 140 mil hiszpańskich po trudnym szlaku, zajmowała im trzy dni. Mniej więcej w sto lat później hiszpańscy konni poczmistrze przebywali tę odległość w 12-13 dni. W XVIII wieku dyliżans z Nowego Jorku do Bostonu – ponad 320 km po płaskim terenie – jechał przez tydzień. [...]
Biegacze polegali co prawda nie tylko na własnych siłach; za środek dopingujący służyły im liście koki. Dość powszechnie mierzono zadania ilością koki, jaką wymagało ich wykonanie (cocadas); dla Chińczyków taką miarą były miski ryżu.”
David S. Landes, Bogactwo i nędza narodów, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, s. 135-136
Droga Mag. Czy byłaś kiedykolwiek w Warszawie 1 sierpnia? Nie, nie pytam o 1944 rok, bo że byłaś w Warszawie tamtego lata, w swym poprzednim wcieleniu, to ja doskonale o tym pamiętam. Pytam, czy byłaś w Warszawie współczesnej – w dniu, w którym przypada rocznica wybuchu Powstania. Chyba nie wszystkie telewizje to pokazują: moment, gdy upływa kolejny rok od Godziny W. Gdy pierwszego sierpnia zegary pokazują godzinę siedemnastą, w Warszawie, w tej zagonionej, zakorkowanej, tłocznej, gorącej Warszawie rozlega się wycie syren alarmowych. Ich przeraźliwy i smutny głos niesie się po ulicach i osiedlach, i nie ma takiego miejsca w całym mieście, gdzie nie byłoby ich słychać. W tym samym momencie na około minutę cała Warszawa staje na baczność. Na ulicach zatrzymują się samochody, wysiadają z nich ludzie i przez minutę patrzą przed siebie stojąc w postawie zasadniczej. Zatrzymują się tramwaje. Autobusy. Zatrzymują się przechodnie na ulicach, stawiają teczki, torby, siatki na ziemi, prostują się, słuchają dźwięku syren i przez chwilę zagłębiają się we wspomnieniach. Niektórzy z nich pewnie słyszą jeszcze te pierwsze strzały, które o tej samej porze ponad pół wieku temu rozległy się w uśpionym upałem mieście. W zeszłym roku Godzina W zastała mnie na osiedlu, podczas robienia drobnych zakupów. Wychodziłam właśnie z piekarni ze świeżym chlebem w ręku, gdy zawyły syreny. Na moment codzienna nasza krzątanina zamarła i staliśmy nieruchomi jak w stop-klatce dopóki nie przebrzmiało echo alarmu. Musisz wiedzieć Mag, że ten moment zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę.
Moje pobudki na wczesne bieganie to cała epopeja. Ta walka, to ścieranie się przeciwstawnych sił: prawa powszechnego ciążenia poduszkowego oraz mojego silnego poczucia obowiązku. Sama się sobie czasem dziwię, zwłaszcza wówczas, gdy jednak uda mi się wstać. Dzisiaj rano w sprawę włączył się Piotr. Miał w nocy dyżur, dzwonili do niego o 3:30, więc biedak ślęczał przy komputerze i wykonywał kolejne telefony, a ja oczywiście co przysnęłam, to budziłam się ponownie, i tak do wpół do piątej, a budzik miałam nastawiony na 4:45. Gdy w końcu zadzwonił, coś tam zamamrotałam, że mam w nosie i nie wstaję, bo się nie wyspałam, ale tutaj Piotr, który jeszcze nie zdążył zasnąć po tym jak położył się do łóżka piętnaście minut wcześniej, zareagował przytomnie: Lepiej wstań, bo potem przez cały dzień będziesz marudziła, że nie wstałaś. Auć! Nadepnął mi na ambicję tym tekstem, więc zwlokłam z łóżka swój zezwłok mówiąc głośno: Trzeba mieć nasrane w głowie, żeby wstawać przed piątą na bieganie. Kwadrans później już przebierałam nogami lecąc w kierunku Połczyńskiej. Nie ma to jak własny, osobisty mąż! Śniadania do łóżka wprawdzie nie podaje, ale za to jak świetnie potrafi zmotywować do treningu!
Przydarzyło mi się dzisiaj coś dziwnego. Napiszę o tym w bardzo prostych słowach i bez owijania w bawełnę rozbudowanej epickiej narracji. Otóż wracałam z pracy samochodem, zbliżałam się właśnie do przejścia dla pieszych. Na skraju chodnika stała kobieta, która chciała przejść przez jezdnię, więc wyhamowałam, żeby się zatrzymać i ją przepuścić. Spojrzałam na jej twarz i aż mnie przeszedł zimny dreszcz.












Komentarze