You are currently browsing the tag archive for the 'bieganie' tag.

Wczorajszy dzień bardzo duszny, taki co to prowokuje nerwowe szarpanie kołnierzyka przy koszuli. Tlenu! Tlenu!!! Myślałam już, że się uduszę. Jadąc z pracy do domu wykonałam nad sobą gigantyczną pracę, żeby ochłonąć i żeby na powitanie z rodziną nie trzasnąć czymś kruchym o ścianę. Na przykład porcelanowym kotem w różowe kwiatki. Za oknem samochodu błyszczące od deszczu ulice w pomarańczowej poświacie – moja pogoda, moje remedium, moja ulga i moje powietrze. Niestety do rana przestało padać, za to podniosła się mgła – dobre i to. Wprost nie mogłam się doczekać poranka i dźwięku budzika. Nie spałam dziś zbyt dobrze.

Read the rest of this entry »

Dziś: zimno, zimno, ale wcale nie zimniej niż wczoraj. Wiało mocniej. Pozapinana szczelnie pod samą szyję, wszystkie suwaki zamknięte, rękawiczki w mankietach kurtki, głowa tkwiąca głęboko w wiatroodpornym czapkowym wynalazku – cóż mi się może stać. Tylko dwa rodzaje pogody mogą mnie zatrzymać w domu: huragan łamiący gałęzie – pod naszą szerokością geograficzną taki wiatr nazywa się orkan (ładnie – dobre imię dla psa), przeżyliśmy kilka orkanów w ciągu ostatnich zim – oraz burza z piorunami, jako że boję się piorunów i gdy tylko widzę burzę na horyzoncie, to chowam się do szafy. A cała reszta stanów atmosferycznych to pikusie, włącznie z nawalnymi deszczami. Bieganie w niskich temperaturach eliminuje z moich dróg oddechowych wszelkie zarazki. Dookoła ciągle jakieś infekcje, wszyscy smarczą i kaszlą, grypa wyłazi nawet z telewizora i z telefonu, mi tymczasem wciąż jakoś udaje się ujść z życiem.

Read the rest of this entry »

Rano było naprawdę zimno. Na termometrze tylko -3 stopnie, strasznie jednak wiało z południowego-wschodu i odczuwalna temperatura była znacznie niższa. Ubrałam się jak na wyprawę arktyczną: dwie pary gaci, długie i krótkie, a te długie to wodo- i wiatroodporne legginsy, które przebiegały ze mną niejedną ciężką zimę. Szczególnie dumna jestem z mojego wynalazku na głowę – jest to nowatorski zestaw dwóch czapek, który wymyśliłam wczoraj wieczorem szykując ubranie na dzisiejszy poranek i wiedząc, że będzie niemiłosiernie, lodowato wiało. W poszukiwaniu czegoś odpowiedniejszego niż moja ulubiona czapka z daszkiem, przekopałam jedną z szuflad i odnalazłam w niej North Face Granite Cap, którą kupiłam w zeszłym roku jadąc w Alpy. Jest to naprawdę kawał solidnej odzieżowej technologii: z wiatroodporną membraną i polarkiem od spodu, z okrywą szczelnie osłaniającą uszy i kark. Pod tę czapę założyłam jeszcze cienką czapeczkę zrobioną ze złożonego buffa i w rezultacie było mi ciepło jak w futrze. Kurtkę też mam specjalną na wiatr, więc stwierdziłam, że w nosie mam warunki atmosferyczne, i tylko Piotr – służbowo dyżurujący o świcie przy komputerze – patrzył na mnie ze współczuciem pomieszanym z niedowierzaniem, że takie zjawisko w ogóle jest możliwe: dobrowolne opuszczenie ciepłego łóżka i wyjście z domu na mróz.

Read the rest of this entry »

Dwa biegi w ciągu jednej doby. W sobotę rano standardowa pętla 10 km po mojej bliższej i dalszej okolicy. Sucho i mroźno, termometr pokazywał -3 stopnie, całe Jelonki spowite były lodowatą mgłą znad pól za Lazurową, mgłą,  która osiadała w postaci białego szronu na trawnikach, drzewach, samochodach. Jesienna przyroda ścięta mrozem: liście posypały się z drzew, gdzieniegdzie brodzi się w nich po kostki.

Read the rest of this entry »

Jutro mam zamiar dokonać rzeczy, której nigdy wcześniej nie robiłam: totalne ekstremum w wersji wyłącznie dla największych twardzieli. W ramach weekendowego resetu szarych półkul będę biegać jutro dwa razy. Pierwszy raz – o świcie, o stałej porze (niestety nie mogę pospać, bo mamy sprawy na budowie i Piotr z samego rana wyjeżdża na spotkanie z wykonawcą), drugi raz – w środku nocy. Z soboty na niedzielę. Łączny dystans w ciągu 24 godzin będzie wynosił pewnie niewiele ponad 20 km, co samo w sobie nie jest żadnym wyczynem, bo takie odcinki biegało się drzewiej z cotygodniową regularnością – chodzi mi raczej o odjechane pory biegania, no i czysto naukowe zaciekawienie, jak mój organizm zniesie niedobór snu. Gdy biegam z samego rana, to wieczorem muszę się położyć najpóźniej o 22., bo po prostu zasypiam na stojąco. Jutro nie dość, że nie będę mogła zasnąć o stałej porze, to jeszcze o 23:30 będę musiała biec ponad 10 km i do domu wrócę pewnie około drugiej nad ranem. Szaleństwo. Ale jakże inspirujące.

Read the rest of this entry »

No zupełnie dzisiaj nie mam głowy do pisania tutaj. Czuję się jednak w obowiązku – wszędzie te obowiązki! – napisać te kilka zdań, bo potem zapomnę, pomyli mi się wszystko i eksperyment runie. Środa, czwartek – biegałam zgodnie z planem. Wczoraj deszcz, dzisiaj mgła. Jesień, głęboka jesień w przyrodzie. Ile tych liści na chodnikach! Gdzieniegdzie już gołe gałęzie strzelają ku niebu. Pod Cmentarzem Wolskim festiwal chryzantem: pola żółtych kwiatów stojących w ordynku, w czworobokach, kwiatów puszystych, świeżych, i wcale nie nostalgicznych – dumne chryzantemy, symbole chińskiej władzy cesarskiej – nawet w świetle latarni, pozbawione słońca, żółcą się nieprzyzwoicie. Przepiękne kwiaty.

Read the rest of this entry »

Coraz częściej poranne bieganie – tę moją jedyną samotną godzinę – przeznaczam na uporządkowanie spraw zawodowych. Nie przypuszczałam, że dojdzie do tego tak szybko: że praca wkroczy na mój prywatny kawałek podłogi, ten kawałek, na który absolutnie i pod żadnym pozorem nikogo nie wpuszczam. Przyłapałam się na tym dopiero dzisiaj, ale wiem, że w rzeczywistości to nie było po raz pierwszy: podczas mycia zębów postanowiłam, a raczej ułożyłam w głowie – zupełnie bezwiednie – trzypunktowy plan, określający kwestie, które muszę przemyśleć, zanim dzień rozpocznie się na dobre. No i potem, już biegnąc, zastanawiałam się: przemyślałam strategię na dwa spotkania i ustaliłam priorytety – czym powinnam się zająć w pierwszej kolejności. Nie wiem, czy to normalne? Trochę mam chyba za dużo na głowie, staram się jednak zachować zimną krew.

Read the rest of this entry »

Biegam z muzyką. Od dawna – chyba od urodzenia Maksia. Obecnie w zasadzie nie wyobrażam sobie już biegania bez muzyki, dlatego wolę biegać sama. Muzyka odgradza mnie trochę od własnych defetystycznych myśli, a trochę kieruje je na inne tory, tak jakby pobudzała mózg do pozytywnego, kreatywnego myślenia. Podobnie zauważam, że znacznie lepiej mi się myśli i pracuje, gdy słucham muzyki, a już najlepiej, żeby była mocno energetyczna. A do biegania – to już w ogóle: musi być gonitwa bitów. Madonna świetnie się do tego nadaje i jak dotąd nie mam na prywatnej playliście nikogo, kto by ją pokonał – no może z wyjątkiem Oakenfolda, ale mimo wszystko wolę Madonnę. Może dlatego, że to kobieta.

Read the rest of this entry »

Już mi się trochę plączą liczebniki, myli się rachuba – gdybym nie notowała tych biegów codziennie, to pewnie bym się dawno pogubiła. Ale liczę, liczę bezustannie. I dokonuję aktów heroizmu o czwartej rano. Dziś niewiele brakowało a poległabym. O tej porze jest ciemno jak w nocy. Nic jeszcze nie jeździ, więc przez okno nie dochodzą odgłosy miasta. Wszystko śpi, a ja muszę wstać. Ratują mnie tylko te moje liczebniki, no i kształtujące się automatyzmy. Poza tym wiem, że najtrudniej jest podjąć decyzję i wyjść z łóżka. Jak już zejdę z sypialni na dół, wypiję miód i zacznę się szykować do wyjścia, to zaczynam o czymś myśleć i szybko zapominam o tym, czego właśnie sobie odmówiłam. A jak wychodzę w końcu z domu, to wyłączam mózg, a nogi same biegną. I to jest chyba najlepsza metoda – nie myśleć zbyt dużo o tym, że się nie chce.

Read the rest of this entry »

Deszcz w nocy – deszcz nad ranem. Budzik zadzwonił o zwykłej porze; usiadłam na łóżku i przez co najmniej minutę zastanawiałam się czy wstać. Tylko sześć godzin snu za mną – może więc jestem niewyspana i da mi to jakieś alibi? Nie mogłam jednak tego rozstrzygnąć i zdobyć się na hańbiący akt tchórzostwa, wstałam więc w końcu: nie ma żadnych usprawiedliwień, gdy pada deszcz. Dziesięć kilometrów slalomem między kałużami, dywany mokrych liści na chodnikach. Moja przeciwdeszczowa kurtka zdała egzamin – od wewnętrznej strony była całkiem sucha.

Read the rest of this entry »

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Klikalność

  • 22,456 odwiedzin
Add to Technorati Favorites