Jest to relacja z mojego pierwszego maratonu: 25. Maratonu Warszawskiego, który odbył się 14 września 2003 r - relacja napisana w kilka dni po tym wydarzeniu. Bieg ukończyłam z wynikiem 04:56:40. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, do dziś pamiętam, jak na 30 kilometrze bolały mnie włosy
JOYCAT BIEGNIE MARATON
Do tego wyczynu przygotowywałam się psychicznie i fizycznie przez dwa lata. W niewytłumaczalny sposób (od dziecka byłam niewysportowanym chucherkiem) maraton całkowicie zawładnął moją wyobraźnią. Pragnienie uczestniczenia w takim wydarzeniu w celu przebiegnięcia dystansu 42 km było tak silne, że nic nie mogło mnie powstrzymać od zrealizowania tego planu.
Podczas wielu treningowych biegów w miesiącach poprzedzających maraton, próbowałam wyobrazić sobie jak to będzie. Jak się będę czuła, czy zdołam przetrzymać ataki zwątpienia, zmęczenia, bólu, i jaka jest naprawdę ta złowieszcza ściana, o którą uderzają maratończycy powyżej 30 kilometra? Czy w ogóle dam radę dobiec do mety? A jeżeli tak, to czy na mecie padnę z wyczerpania, czy ustoję samodzielnie na nogach? Tysiąc pytań kłębiło się w mojej głowie podsycając ciekawość. Niecierpliwie odliczałam tygodnie do maratonu, czując jednocześnie narastającą tremę przedstartową. W okresie bezpośrednio poprzedzającym maraton, myślałam o nim bez przerwy i w końcu byłam zmęczona napięciem do tego stopnia, że jak najszybciej chciałam mieć to wszystko za sobą. “Nie miała baba kłopotu – myślałam z irytacją – postanowiła przebiec maraton”.
No i w końcu nadchodzi ta wyczekiwana niedziela, 14 września 2003. Dzień, w którym biorę udział w 25 Old Spice Maratonie Warszawskim. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Przez ostatnie dni zjadam tonę makaronów i bananów, kilka słoików miodu, wypijam morze wody mineralnej i już zaczyna mi się wydawać, że jestem jedną wielką węglowodanową cząsteczką. Numer startowy z nabożną czcią przechowywany od piątku w specjalnym miejscu, zostaje uroczyście przypięty w sobotni wieczór do mojej koszulki. Buty biegowe przez całą noc stoją w przedpokoju w oczekiwaniu na swoją wielką szansę. W plecaku są zapakowane: skarpetki na zmianę, koszulka na zapas, czapka na wszelki wypadek oraz plastry na bąble. Plan maratońskiego poranka mam opracowany w najdrobniejszych szczegółach tak, aby nie popełnić żadnego błędu i aby broń Boże – ta ewentualność napawa mnie grozą – nie spóźnić się na start. Nie obywa się jednak bez nerwowego miotania się po mieszkaniu, co Piotr, któremu nad głową pojawia się tego dnia świecąca aureola, przyjmuje z niewzruszonym spokojem i ze zrozumieniem dla tej ekstremalnej sytuacji.
Po tych wszystkich korowodach przybywamy w końcu na miejsce startu. Niecierpliwie spoglądając na zegarek liczę minuty dzielące nas – zgromadzonych na starcie biegaczy – od godziny zero, czyli dziesiątej. Przy dźwiękach ogłuszającej muzyki techno rozgrzewkę prowadzą ludzie z fitness clubu Gymnasion. To jest moment, kiedy moje emocje sięgają zenitu. Czuję się niby piorun kulisty i skaczę do góry jak na sprężynach, bojąc się, że energia za chwilę mnie rozsadzi. Strzału startera nie słyszę: w pewnej chwili tłum po prostu rusza do przodu, a ja razem z nim.
“Jak wspaniale biegnie się w maratonie!” myślę i wyrzucam ręce do góry w geście triumfu, wydobywając jednocześnie z gardła nieartykułowany okrzyk szczęścia. Jeszcze nie podejrzewam, co mnie czeka za mniej więcej dwie godziny. Ale na razie biegniemy wzdłuż szpaleru kibiców. Dookoła ponad tysiąc biegaczy, a nad nami unosi się duch mitycznego Filippidesa – kocham go i wcale nie czuję żalu, że umarł po dobiegnięciu do Aten.
Pierwsze kilometry są niby miód. Słodkie. Truchtam sobie lekko, czuję się silna i zmotywowana. Wiem, że przede mną daleka droga, ale co to dla mnie! Podziwiam mijane widoki: Żoliborz, Stare Miasto, Plac Piłsudskiego… trasa jest skomplikowana i nawet nie staram się zapamiętać kolejności mijanych ulic. Wbiegamy na Most Gdański – podziwiam wspaniałą panoramę prawobrzeżnej Warszawy. Na Wybrzeżu Helskim z przeciwka nadjeżdża na rowerze Piotr. Odstawił już samochód w okolice Agrykoli i teraz będzie jechał za mną aż do mety. Zagaduje mnie, ale ja już zaczynam mocno się koncentrować, jestem milcząca i skupiona. Irytuje mnie brak tabliczek z oznaczeniem kilometrów. Te, które stoją wzdłuż trasy, sprawiają wrażenie, jakby były umieszczone w miejscach całkowicie przypadkowych, więc próba kontrolowania tempa za pomocą międzyczasów spełza na niczym. Mostem Świętokrzyskim wracamy na lewy brzeg Wisły. Powiśle, potem Wybrzeże Gdańskie. Mijamy Cytadelę. Podbieg pozbawia mnie dobrego humoru, bo tętno skacze do ponad 180 uderzeń na minutę. Muszę zrobić wszystko, aby spadło do poziomu co najmniej 165, zdobywam więc ul. Krasińskiego marszem. Na oficerskim Żoliborzu ludzie powychodzili z domów, kibicują nam dystyngowane starsze panie, mieszkające tutaj zapewne od przedwojnia. Wracamy na Stare Miasto. Wcześniej niż przewidywałam zaczynam czuć nogi. To wina nawierzchni: mało trenowałam na asfalcie, nie mówiąc o kocich łbach, które sprawiają, że czuję wstrząsy aż w mózgu. Na Miodowej, niedaleko półmetka, dopada mnie pierwszy kryzys: jest mi gorąco, Miodowa skąpana w słońcu, asfalt paruje, kręgosłup zaczyna mnie boleć, robię jednak dobrą minę do złej gry. Nie zejdę z trasy, choćby mnie mieli z tego asfaltu zeskrobywać.
Półmetek mijam z czasem 02:13. W zasadzie zgodnie z założeniami: miałam się wlec niby żółw, żadnych przyspieszeń. Myślę sobie: “No moja droga, teraz zaczyna się prawdziwy maraton”. Zbiegam w dół na Podzamcze, gdzie jest punkt kibicowania. Przemek Babiarz do mikrofonu dziękuje mi za przebiegnięcie 22 km. Czuję się zaszczycona, ale zmęczenie narasta. Coraz mocniej doskwiera mi kręgosłup. Mam co chciałam. Wiedziałam przecież, że będzie bolało. Staram się jednak o tym nie myśleć, biegnąc przez Powiśle przeliczam w głowie kilometry, ale te kalkulacje idą mi mozolnie. Gdy wbiegam na Czerniakowską, przeraża mnie dystans, jaki mam jeszcze przed sobą. Wisłostrada jest szeroka i pusta, i nie ma nade mną żadnej litości. Mobilizują mnie kładki dla pieszych przewieszone nad jezdnią. Biegnę od kładki do kładki. Dokładnie wiem, ile ich jeszcze zostało, przecież to moja rodzona dzielnica. Mijam ul. Szwoleżerów i biegnących z przeciwka maratończyków. Im został do mety już tylko kilometr. Skręca mnie z zazdrości. Na skrzyżowaniu Czerniakowskiej z Chełmską jest kolejna kładka, a na niej, niby w loży, czekają rodzice. Na mój widok podskakują, machają do mnie, tata pstryka zdjęcia. “Jesteś niesamowita!” woła mama, a ja, niby mała dziewczynka płacząca w maminą spódnicę jęczę słabym głosem “Jeszcze dwanaście kilometrów przede mną, to tak strasznie daleko…!” Chciałabym, żeby ktoś się nade mną poużalał. Nic z tego. Zamiast słów współczucia słyszę entuzjastyczne okrzyki i myślę z rozgoryczeniem, że nikt mnie nie rozumie.
Biegnę. Jest gorąco. Czuję się tak, jak by mnie kto kijem golfowym obił. Ze zdziwieniem stwierdzam, że boli mnie skóra na głowie i każdy włos z osobna. Piotr, jadący obok na rowerze, dotyka mojego ramienia: “Chcesz izostaru?” Odskakuję od niego w bok warcząc przez zęby “Nie dotykaj mnie..!” Po chwili przepraszam za tę reakcję: bolą mnie nawet ramiona, muszę mieć wokół siebie dużo powietrza. Wiertnicza. Po raz kolejny na komórkę do Piotra dzwoni Fredzio dowiedzieć się jak mi idzie. Jestem na 35 kilometrze i wdrapuję się właśnie na maratońską ścianę. Wściekła jestem jak diabli, a tu w dodatku dzwoni Fredzio i pyta się, jak mi idzie! A jak Fredzio myśli?! Idzie mi okropnie, jestem zmęczona, mam już dosyć!! Tabliczki z kilometrami poustawiane dowolnie, może ja jestem nie na trzydziestym piątym, ale jeszcze na trzydziestym??? Niech to wszystko szlag jasny trafi! Skręcamy w prawo, w Al. Wilanowską. Ratuje mnie już tylko magia liczb. Stąd do mety jest około sześciu kilometrów. Co to jest sześć kilometrów? To jest rzut beretem, perswaduję sobie w myślach. Na skrzyżowaniu Wilanowskiej z Sobieskiego stoi Janusz Dąbrowiecki, zagrzewa mnie do walki “Tym tempem masz do mety tylko czterdzieści minut!”. To mi dodaje sił, minuty przecież biegną nieubłaganie, a ja razem z nimi przemieszczam się w czasoprzestrzeni. Jestem blisko celu.
Nagle widzę przed sobą znajomą sylwetkę. To chyba Scarabeus! Maszeruje. Gdy się z nim zrównuję, pytam, jak mu idzie. Scarabeus mówi, że fatalnie, nie ma już siły. Mówię, że pobiegniemy razem, że meta niedaleko. Więc biegniemy. Od kładki do kładki. W tandemie końcówka maratonu wydaje się łatwiejsza, stać nas nawet na wisielczy humor. Gadamy o tym, co nas boli i okazuje się, że generalnie wszystko. Ale pokonujemy kolejne metry i meta zbliża się, a wraz z nią rosną emocje.
Znowu jesteśmy na Czerniakowskiej, przedostatni punkt odświeżania. Biorę gąbkę i nie wypuszczam jej już z dłoni. Piotr żegna się z nami, życzy powodzenia i pędzi na metę, aby zająć dogodną pozycję do robienia zdjęć naszego finiszu. A my zaczynamy się spieszyć, nie chcemy przekroczyć pięciu godzin.
Gdy skręcamy z Czerniakowskiej w Szwoleżerów myślę, że ostatni kilometr jest najtrudniejszy. Bo już tak blisko do mety. Chciałabym ten kilometr pokonać z fasonem, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa, są jak z waty. Biegnę, a właściwie wlokę się, na oparach glikogenu. Scarabeus biegnie przodem, ja zostaję z tyłu, ale po chwili pełna mobilizacja, chcę razem z nim wbiec na metę. Już widzimy z daleka wielką tablicę z napisem 42 km. Trudno w to uwierzyć.
Wbiegamy na Agrykolę. Mijam przechodniów, nie słyszę nic oprócz łomotu serca, chcę tylko ujrzeć metę. W bramie prowadzącej na ostatnią prostą stoi Janusz Dąbrowiecki, coś krzyczy do mnie. Wbiegam w bramę, po obu stronach alejki za barierkami gęsty tłum kibiców, jest bardzo głośno. Kątem oka dostrzegam Ojlę, która wyciąga w moim kierunku bukiet kwiatów, łapię go w ostatniej chwili, ale natychmiast chcę go wypuścić, jest strasznie ciężki.
Meta jednak coraz bliżej, już tylko 100 metrów! Chcę wszystkim pokazać moją radość, podnoszę ręce do góry i krzyczę “Yes, yes, yes!!!”, wymachuję kwiatami i gąbką, słyszę “Zu-zan-na, Zu-zan-na!!”, jest METAAAA!!!!
Zatrzymuję stoper. Wynik 4:56:40. Na moment tracę wzrok, kręci mi się w głowie, nagle mam na szyi medal i ledwo wychodzę ze strefy pomiaru czasu, a podbiega do mnie cała rodzina, znajomi. To niesamowite, ile osób mi kibicowało! Jestem bardzo szczęśliwa, nie mogę oddechu złapać, rozbujane serce powoli się uspokaja. Po chwili mogę już mówić i bardzo się dziwię, że stoję samodzielnie na własnych nogach, nie padam na ziemię, nie umieram i reanimacja wydaje się niepotrzebna. Piotr przynosi mi butelkę z wodą, piję łapczywie. Przebiegłam maraton.
Potem siedzimy wszyscy w ogródku piwnym, jest całe SBBP. Uzupełniamy płyny. Piwo z sokiem malinowym pite po maratonie smakuje bosko. Wyobrażam sobie, że tak musiała smakować olimpijska ambrozja. Łapię się na uczuciu żalu. Chciałabym przeżyć to jeszcze raz, obejrzeć ten film od początku. Nagle przypominam sobie zdanie, złotą myśl, jaką kiedyś przypadkiem zanotowałam. I stwierdzam, że jest bardzo prawdziwa: Accept the challenges, so that you may feel the exhilaration of victory.
Jestem maratończykiem.





No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu