Czy ktokolwiek chce jeszcze czytać o porannych epopejach Szalonego-Wstawacza-Przed-Świtem? Bo to niewyczerpany temat. Te tortury wciąż trwają. Nie – nie zmieniłam pory biegania. W dzień “pracujący” pobudka o czwartej, w weekendo – o szóstej, no, czasem o szóstej piętnaście. To trwa już ponad dwa lata i wciąż jest hardkorowo. Przyzwyczajenie? Nie istnieje. A zimą to już w ogóle, chociaż przyznaję, że tegoroczna aura wiele mi ułatwia. Ciekawe jest jeszcze, że dawne motywacje już na mnie nie działają – maraton, trenowanie, albo chociażby dbanie o wagę – ale za to pojawiły się nowe. Bywa, że dość zaskakujące.
Dzisiaj na przykład. Wczoraj w pracy rozmawiałam z kolegą na temat biegania. On też pobieguje, startowaliśmy razem w Biegu Niepodległości, może wystartujemy wspólnie w Półmaratonie Warszawskim. Wczoraj nastąpiła luźna wymiana różnych uwag i pomysłów na temat biegania i półmaratonu, zachwycałam się tym finiszem na błoniach Stadionu Narodowego – on z kolei nie mógł wyjść z podziwu nad tą moją czwartą – a ja na to rzekłam, że sama nie wiem, jak to się dzieje, że wstaję – ale to bez żadnej kokieterii rzekłam, naprawdę.
Wieczorem. Odbębniam mój mały rytualik przygotowawczy: 1) poranny Cytrynowo-Miodowy Napój Bogów przykryty spodeczkiem i ustawiony w stałym miejscu w kuchni przy misce z owocami, żebym trafiła do niego po ciemku i w porannym zamroczeniu, 2) temperatura na czwartą sprawdzona i adekwatne odzienie przygotowane – trzeba sie lekko ubrać, bo aż 8 stopni w nocy, co za zima, 3) grajek mp3, słuchawki i garmin ułożone w fantazyjną kompozycję na kuchennym stole – pstrykam fotkę, wysyłam MMS do kolegi z tekstem następującym: Oto mój zestaw na jutrzejsze wczesnoporanne bieganie. WSTANĘ!!! Czyli, że niby się nie poddam, nawet gdybym we śnie trafiła w straszliwe macki Marsa *. Późnym wieczorem, gdy już śpię, wpada SMS z odpowiedzią, którą czytam dopiero około pierwszej, kiedy to na chwilę odmykam nieprzytomne oko: Go, Zuza go!! Opadam zrezygnowana na poduszkę, przewidując ciężkie psychiczne przejścia w perspektywie trzech godzin: jak ja mu tak napisałam, a on potem tak mi odpisał, to na kogo wyjdę, jeśli nie wstanę? na gołosłownego dudka. I mięczaka. Oczywiście dopuścić do tego nie mogę.
Czwarta. Znienawidzony brzęczyk brzęczy, na ekranie telefonu wstrętne słowo – na wszelki wypadek kapitalikami wpisane – BIEGANIE.
Snooze, kołdra na głowę, próbuję uciec. Po pięciu minutach znów: BIEGANIE! BIEGANIE!! BIEGANIE!!!!
Przypomina mi się ta cholerna wymiana smsów. Co też mnie podkusiło, idiotkę, żeby jakieś głupie zdjęcia robić, wysyłać, coś tam komuś obiecywać. Kretynka. Jezu, jaka jestem niewyspana.
Czwarta siedem wstaję, kompletnie nieprzytomna. Boże, za co. Schodzę, piję Napój Bogów. Na zewnątrz siedem stopni, osiedle śpi głęboko. Idiotka. Idę do łazienki ubrać się. Idiotka. W lustrze rozczochrany upiór.
Czwarta trzydzieści pięć ruszam w końcu spod domu. Strasznie ciepło. Gorąco. Rękawiczki precz, mam ochotę zdjąć czapkę. Muzyka dudni mi w uszach. Budzę się dopiero gdzieś na drugim kilometrze, z pierwszego kompletnie nic nie pamiętam. Na trzecim macham do policjantów, którzy siedzą w aucie i wypisują mandat jakiemuś gościowi w terenowym samochodzie. Kiwają do mnie głowami. Pewnie myślą: idiotka.
* Kto widział film, ten wie, o co kaman. Oglądanie z dzieckiem wskazane. Pudełko chusteczek obowiązkowo w zestawie z popcornem i colą.

Twoje wstawanie przed świtem to dla mnie oczywisty surrealizm (w końcu najwcześniej zasypiam o drugiej, mój organizm nie umie inaczej, od urodzenia tak męczyłam rodziców), ale poranki są dla mnie takie same. Tyle, że ja mam budzik na 8.30. Jak wstanę przez godzinę, jestem z siebie dumna
Z pewnością wiele osób chce czytać o porannych bojach ze wstawaniem i o bieganiu o 5 rano.
Bo w końcu jeśli Tobie udaje się wstać i wyjść pobiegać o 5 rano… to nagle wstawanie o 6:30, żeby pobiegać to taki “pikuś”.
Ja tam chcę czytać. Świetny blogas!
O 5 to ja sie przewracam z jednego boku na drugi
O 5 tio ja lubię przeciągnąć się i ziewnąć hehe
Ostatnio byłam w Twojej okolicy(tzn. bemowskiej). Zrobiliśmy sobie rundkę 20tką do Boernerowa i potem spacer po poligonie na Wacie. Pomyślałam sobie, że w taki ziąb to tylko biegać. Iść nie idzie, człowiek zamarza w drodze.
tak
w weekend biegałam przy -12 st, a we wtorek już przy -15 st i było naprawdę świetnie! szykowałam się na dzisiejszy poranek, ale zobaczyłam na termometrze -19 i trochę się wystraszyłam, głównie te względu na te moje oskrzeliki. a jutro ma być jeszcze zimniej!