Tak długiej przerwy w pisaniu bloga to jeszcze chyba nie miałam. Czasu na to coraz mniej, wszystkie wolne chwile poświęcam na sprawy, które aktualnie są bardziej istotne. Jednak trzy lata pisania bloga robi swoje: codziennie myślę, że POWINNAM coś napisać, ale z kolei nic nie działa na mnie bardziej odstraszająco jak obowiązek, co do którego sensowności nie jestem przekonana. Więc im bardziej czułam, że powinnam, tym bardziej byłam niechętna. Ale muszę. No bo taka okazja była dzisiaj!
W telegraficznym.
Start w jesień był trudny. Te coraz ciemniejsze poranki i moje zbyt wygodne łóżko – fatalne połączenie. W rezultacie sierpień skończył się ze statystyką 149 km, a wrzesień już tylko 124 km. Ojjj, trend aż miło. Podejrzewam, że w okolicach stycznia, jak znowu zasypie nas śnieg, wyląduję na zero. Nie wiem, czy uda mi się do tego nie dopuścić, bo szykuje mi się bardzo pracowity rok.
We wrześniu przez tydzień byliśmy w Karpaczu. Ukochane Karkonosze. Wszystkie nasze ulubione szlaki z czasów wczesnego małżeństwa i beztroskiej bezdzietności przeszliśmy tym razem we troje, razem z Maksiem – łącznie prawie 50 km po górach – i było to wyjątkowe, bardzo pozytywnie doładowujące i rodzinnie integrujące doświadczenie. Nasz syn zdobył pierwsze górskie ostrogi i chyba mu się spodobało. Był bardzo dzielny.
W Maratonie Warszawskim nie pobiegłam. Traktuję to w kategoriach kolejnej porażki. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś wrócę do maratonów. Może już nie mam samozaparcia. Nie potrafię jednocześnie dokonać jednoznacznej autoanalizy i diagnozy stanu mojej biegowej motywacji. Wygląda jednak na to, że na tym etapie mojego życia wystarcza mi takie lekkie, niezobowiązujące bieganie, bez planów treningowych i ze sporadycznymi krótkimi startami.
A kibicować maratończykom nie poszłam z pełną premedytacją. W zamian była rowerowa wycieczka i zbieranie kasztanów w pięknym wrześniowym słońcu.
Kilka dni przed maratonem skończyłam 38 lat. Trzydzieści osiem lat. Czterdziestka zbliża się wielkimi krokami. Powiedziałam rodzinie – zdmuchując świeczkę na torcie – że jeszcze dwa razy urządzę imprezę urodzinową, a potem opuszczam zasłonę milczenia na wszystko, co dotyczy mojej metryki. Chciałam napisać elegancko, że czas pomyka, ale napiszę inaczej: czas zapierdala.
No a dzisiaj Warszawa została po raz kolejny “sparaliżowana”. Piany na ustach dostaję, gdy słyszę w mediach relacje o wielkich warszawskich biegach rozpoczynające się w ten właśnie sposób. W maratoński poranek TVN24, moja telewizja śniadaniowa, miał wyjątkowo kuriozalne wejście: siedzę sobie przy śniadaniu z mężem, wcinam kanapkę z twarożkiem, a tu w telewizorze obrazek z Placu Na Rozdrożu. Na żółtym (!!!) pasku napis: BIEG SPARALIŻUJE MIASTO, a w tle, za plecami reporterki gadającej bez ładu i składu, rozgrzewający się biegacze. Ani słowa o tym, że to wielka promocja dla miasta, że wysoki poziom sportowy, że zagraniczni biegacze, etc, etc, etc. Nie, bynajmniej – tylko, że miasto będzie sparaliżowane i lepiej ludzie siedźcie w domach. Dzisiaj miasto sparaliżowane zostało po raz kolejny przez 10-tysięczną bandę wariatów. Gdy rozgrzewałam się na pół godziny przed startem Biegnij Warszawo, dopadł mnie reporter radiowy, chyba z Radio Dla Ciebie, i do mnie z mikrofonem w te słowa: Czy nie za dużo tych biegów w mieście? O ty taki siaki owaki, za mało asertywna jestem, powinien od razu dostać tym mikrofonem po nosie za to, że na samym początku rozmowy stawia mnie w pozycji osoby, która musi się z czegoś tłumaczyć. Więc mu powiedziałam, że wprawdzie na przełomie września i października rzeczywiście aż dwie niedziele pod rząd zajęte są w Warszawie na duże imprezy biegowe, to jednak gdy się spojrzy na to w skali roku, to tych imprez wcale nie jest tak dużo. Kolejne pytanie było równie błyskotliwe jak pierwsze: A właściwie to po co to całe bieganie? Dureń jeden. Coś mu naopowiadałam, ze zdecydowanie nadmierną uprzejmością, o zdrowiu, urodzie, energii do życia, że dziesięć lat biegam i że nigdy nie przestanę. Nie sądzę, aby zrozumiał. Jesteśmy dziwakami. To przecież takie nienaturalne: przemieszczać się szybko na dwóch nogach, pocić się i męczyć.
Godzinę później, rzucając do boju swoje wszelkie rezerwy, pędziłam już na złamanie karku (mojego) do mety. Dobrze mi się biegło, mimo że na bardzo wysokim tętnie 170-177 ud/min. Na podbiegu pod Belwederską zobaczyłam na zegarku 180 ud/min i zaczęło mnie lekko przytykać. Astma. Gdy długo biegnę na WB2 i wchodzę na WB3, to zaczyna brakować mi tlenu. Jestem jak ryba wyciągnięta z wody. Tak było i tym razem, a ponieważ miałam jeszcze trzy czwarte trasy do mety, więc musiałam trochę poskromić ambicje. Ale na ostatnich dwóch kilometrach nie było już potrzeby, aby się oszczędzać. Albo ja – albo ona. To znaczy ta słabsza Ja. Postanowiłam jej dokopać. I udało się.
Nie wiem, czy obejrzę zdjęcia z finiszu. Musiałam wyglądać strasznie próbując zaczerpnąć głębszy oddech w płuca, które powyżej pewnej pojemności absolutnie odmawiają współpracy. Zombie Girl. Na metę wpadłam z zawężonym mocno polem widzenia. Po dwóch minutach tętno spadło, a ja wróciłam do przytomności i jasności oglądu sytuacji. Fajny czas udało mi się zrobić: 00:56:55. Ha, to mój najlepszy czas na dychę odkąd urodziłam Maksia.
Miało być w telegraficznym.
Mam nadzieję, że nie zniknę znowu na półtora miesiąca…

No wczoraj w lesie się zastanawiałem czy Biegnij Warszawo będzie okazją do ożywienia bloga:) Nie znikaj na półtora miesiąca. Jak czytam, że Ci sie szykuje bardzo pracowity rok, to traktuje to zdanie jako coś kompletnie bez znaczenia, dokładnie tak jakbyś napisała ze kolejny rok bedzie miał 12 miesiecy – no przecież każdy to wie.
Z MW to kiedyś wydawało mi się, ze jeśli tylko będzie jakakolwiek możliwość to będę starał się biegać zawsze, ale mi przeszło i teraz do startu w biegu miejskim, po płaskim po asfalcie musze mieć jakis powód dodatkowy. Ot zmiana, ewolucja i luz i po co to traktowac jako porażkę. Jak patrzę w licznik forum, ze w niemal każdej chwili forum o bieganiu czyta czy ogląda ok 4000 osób to mam wrażenie ze to chyba błąd licznika (bo zalogowanych jawnie jest 1%) ale to dokonała się rewolucja i przyszły, trochę naszym śladem, tłumy nowych. I niech sie cieszą MW, niech blokują miasto, zabiegują parki a my mamy luz by biegać tyle i tak jak mamy ochotę.
Gratulacje za dyche, nam z Kociembą się udało dojść do 75 i odpuściliśmy resztę i słuszna ze wszech miar była to decyzja.
Pozdr Pit