Wakacje powoli mają się ku końcowi. Wraz ze zbliżaniem się dwutygodniowego urlopu zaplanowanego na pierwszą połowę sierpnia zaprzestałam jakiejkolwiek blogowej działalności i na pewien czas nawet udało mi się zapomnieć, że takie miejsce w sieci w ogóle istnieje. Podczas urlopu miałam wprawdzie ze sobą mojego netbooka, a w naszym nadmorskim domku uruchomiliśmy wi-fi, ale starałam się nie wchodzić do netu, ani razu też nie zajrzałam na tę stronę (w międzyczasie wpadły komentarze, na które nie odpisałam – komentatorów przepraszam). Hektyczna warszawska rzeczywistość została za mną tak daleko, że z dużą łatwością odpięłam się od sieci i jedynymi punktami łączącymi mnie z wirtualnym światem były portale meteorologiczne – bo jak wiadomo prognoza pogody dla Polaka spędzającego wakacje nad Bałtykiem jest wiadomością najwyższej wagi, a pogoda bynajmniej nie była wirtualna. Tak więc wieczorami zamiast pisać bloga, czy też nawet uzupełnić od czasu do czasu dzienniczek biegowy, wolałam czytać książkę (same powtórki o drugiej wojnie światowej, tym razem nic odkrywczego).
Urlop minął, wróciliśmy do Warszawy, sierpień wkroczył w swoją drugą połowę. Początek września to trochę jak Nowy Rok. Wszystko zaczyna się od początku – ten początek to nawet bardziej przemawia do mojej wyobraźni niż data rozpoczynająca kolejny rok kalendarzowy. Nowy Rok pojawia się jakby w biegu. Wszystko jest rozpędzone, dokądś zmierza. Tymczasem pierwszy września następuje po okresie uspokojenia, wyhamowania – kiedy ma się czas, aby spojrzeć na całokształt krytycznie i poukładać sprawy przed nadchodzącą zimą. Wróciłam już do pracy – czas wrocić na bloga. Zwłaszcza, że udało mi się przez wakacje nabić trochę kilometrów.
Po tym nostalgicznym początku – to zasługa wczesnojesiennej mgiełki wiszącej w powietrzu dziś o świcie – trochę konkretów. W lipcu nabiegałam 181 km, tyle samo ile w czerwcu. Plany na czas urlopu były oczywiście szalenie ambitne: minimum 10 biegów, mających złożyć się łącznie na około 120-130 km. Miałam włączyć długie wybiegania… bo w drugiej połowie lipca obracałam jeszcze w głowie myśl o Maratonie Warszawskim… Ale bieganie na urlopie ma urlopowy charakter i chyba tylko wyjątkowe harpagany są w stanie narzucić sobie ostry reżim. Ja niestety do nich nie należę – to znaczy do grona harpaganów. Z planowanych poważnych treningów zrobiły się lekkie, leniwe rozbiegania po plaży, z głową w chmurach i z remixami trance w uszach. Wybiegałam o świcie z naszego domku, przemierzałam puste ulice miasteczka, dobiegałam do portu, oddychałam morską bryzą, i brzegiem morza, unikając fal, samym skrajem plaży biegłam sobie na zachód, aby pobyć sam na sam ze sobą i z mewami. Pięć kilometrów dalej zatrzymywałam się, odpoczywałam chwilę, czasami zdejmowałam słuchawki, żeby posłuchać szumu fal i ciszy – jest absolutnie przerażająca! – i wracałam do miasteczka tą samą drogą, po własnych, nie zatartych jeszcze przez fale śladach. Moje samopoczucie biegowe zmienne i silnie uzależnione od temperatury powietrza. Pierwsze biegi były niezłe i z animuszem, bo poranki były całkiem chłodnawe. Potem któregoś dnia, gdy o siódmej rano przygrzało na plaży słońce, to prawie padłam zemdlona w połowie trasy z ewidentnymi objawami odwodnienia i wróciłam do domku powłócząc nogami z wyczerpania. Mój ostatni bieg nad morzem odbył się zaś pośród aury prawie sztormowej, przy ostrym wietrze z południa, niosącym fale gęstego deszczu. To lubię! – rzekłby Wieszcz Narodowy, ale lubię tylko gdy biegam. Od tego momentu bowiem pogoda plażowa skończyła się na dobre i już dwa dni później wróciliśmy do Warszawy zdegustowani zimnym i mokrym niżem, jednym z wielu, jakie tego lata przetaczają się nad Polską. Myślę, że był to jednak mój ostatni urlop nad naszym polskim morzem. Kocham je i uważam, że na świecie nie ma drugiego takiego morza, z taką atmosferą, ale jednakowoż, po całym roku ciężkiej pracy chciałabym przez dwa tygodnie zażyć słońca. I tylko słońca.
Podsumowując więc urlop i podliczając kilometry mogę stwierdzić, że biegowo był całkiem udany, mimo że niezgodny z założeniami. Zrobiłam łącznie 98 km (ech, szkoda jednak, że nie uzupełniałam dzienniczka na bieżąco, bo może postarałabym się bardziej i wyszłoby ponad sto), ale były to wyłącznie rozbiegania na dystansie 10-13 km, bo nie chciało mi się biegać nigdzie dalej. Ale, ale! Zapomniałabym wspomnieć, jak to szaleliśmy na rowerach. Nawet była jedna wycieczka = 45 km: lasem do latarni morskiej, przez jakieś przepotworne wertepy, wydmy (pod górkę i z górki), a nasze rowery – przypominam – to są rasowe, nowoczesne holendry, więc oponki mają cienkie i ważą odpowiednio, dodatkowo były mocno obciążone sakwami (mój) i fotelikiem dziecięcym wraz z zawartością (Piotra), więc wspaniale zakopywały się w miejscami luźnym podłożu. Daliśmy jednak radę, a rowery spisały się świetnie nawet na najtrudniejszych odcinkach, przejazdach przez korzenie, dziurach w dukcie etc. – nieprawdą więc jest, że rowery miejskie nadają się tylko na miasto, o ile tylko wyposażone są w odpowiednią liczbę biegów i pancerne dętki. Od latarni do miasteczka wracaliśmy 23 km szosą i rozpędzaliśmy się nawet do 35 km/h (a ja darłam się ze strachu). Było fajnie.
Zażyliśmy więc wywczasu i teraz powrót do warszawskiej rutynki.
[A w Maratonie Warszawskim nie biegnę - to tak na marginesie. Chyba już nie nadaję się na ten dystans.]
Trzy dni zajęło mi wydobycie się z domu na bieganie o czwartej trzydzieści. Ostatni raz tak rano biegałam… 28 lipca, a więc przez trzy tygodnie zdążyłam już zapomnieć, co to znaczy wstawać o tej barbarzyńskiej porze. Poza tym słońce zmierza już na południe, w kierunku Równika, i nad Warszawą wstaje coraz później, więc znowu trzeba się borykać ze wstawaniem po ciemku. We wtorek poległam, w środę poległam. W czwartek odbył się dramatyczny dialog między Piotrem a mną, o czwartej rano, kiedy to mąż mój próbował skłonić mnie do wstania z łóżka. Niestety bezskutecznie. Dzisiaj musiałam więc bronić własnego honoru i wstałam. Całkiem bez entuzjazmu. Tymczasem biegowa godzinka minęła mi błyskawicznie, biegłam całkiem żwawo w przyjemnym chłodku słuchając “Niebezpiecznych związków” Choderlos De Laclos. Kultowa lektura, kultowy film. Z dzisiejszego słuchania dźwięczy mi w głowie cytat z markizy de Merteuil – cytat, który zapisałam sobie w moim pensjonarskim pamiętniku w roku 1993 lub 1994: “Miłość jest jak medycyna – jedynie sztuką pomagania przyrodzie”. Oj – po latach chyba się z tym już nie zgadzam.

Joy, to zamiast MW zapisz się na Kampinos (1-2X) Zbiera się nas tam spora grupka by wystartować o 20.00 czyli z piechurami a nie biegaczami, wiec tempo pierwszych 50km powinno byc spokojne takie do gadania (Jang z Anią, Kociemba, Deck, Entre z córką, Misiaczek, DARy ale oni to pewnie o 24.00 pobiegną). A na mecie 50km sie zobaczy kto ma ochote wędrowac dalej do 75km i tam znów decyzja czy zostać czy iść. Jest fajnie, inaczej niz na maratonie, las w nocy, o świcie. Za długo się nie zastanawiaj bo miejsc 400 a juz około połowa zajeta. Zapisy na PTTK albo MATRAGONA.
pit
Hej Pit – dzięki za zaproszenie, ale jestem już zapisana na to “komercyjne” Biegnij Warszawo, które z jakichś powodów lubię, a które ma się odbyć w niedzielę 2 października. Poprzestanę na skromnych 10 km po mieście, zamiast 50 km po lesie
Ale gdyby nie kolizja terminów, to pewnie byś mnie namówił.
Ależ nie ma kolizji Startujesz o 20 1X, o świcie jesteś na drugim końcu Puszczy, Piotr Ci przywozi kawę w termokubku i wiezie na start Biegnij Warszawo
Chyba sobie ze mnie żarty robisz. Nieprzespana noc sprowadza na mnie śmierć kliniczną.
A tak na serio to bardzo wątpię, że dałabym radę przejść 50 km w ciągu kilku godzin… I mielibyście ze mną tylko kłopoty.
No tych godzin to sporo jest bo od 20. Troche zartem proponuje start na 10km bezposrednio po 50km ale jest to mozliwe i moze być ciekawym eksperymentem. Zobacz na radosnego Kociembe jak skocznie porusza się na mecie 50km:
https://picasaweb.google.com/PitSBBP/2010_1003Kampinos_Rajd_na_100km#5525258496286680818
A tak serio to te 10km byłoby pewnie bardzo kustykające.
Znam ten film
Kociemba to kolejny, który ma ścięgna z kevlaru. W przeciwieństwie do mnie. Nie dałabym rady. A na te 10 km jestem też poumawiana towarzysko, więc nie chciałabym zawalić.
Będę z Wami myślami.