W sprawie startu w Maratonie Warszawskim konkluzji wciąż brak. Decyzji również. Biega mi się tak beznadziejnie, że w ogóle nie widzę się w maratońskich okolicznościach. Aż mnie to dziwi: co się dzieje, że taka jestem zdechła i bez sił do żwawszych kilometrów? Stan jest niebezpieczny, bo gdy biega mi się źle, to od razu chęci na bieganie mniej i co rano muszę akrobacje sama ze sobą wyprawiać, żeby w ogóle wstać z łóżka.
Na przykład w niedzielę. W sobotę mieliśmy piknik rodzinny na działce będący początkiem centralnych obchodów szóstych urodzin naszej latorośli. Takie obchody wymagają od współczesnego rodzica żelaznej kondycji i żelaznych nerwów. Jak już w końcu mieliśmy to za sobą – a impreza i tak w tym roku była mniejsza i bez takiego wielkiego stada rozwrzeszczanych dzieciaków jak w roku ubiegłym – tak padłam bez życia na kanapę, już w domu, po kąpieli, i film mi się urwał. Piotr obudził mnie późnym wieczorem, żebym poszła spać. Poszłam jak lunatyk i znowu zapadłam w kamienny sen. W niedzielę rano obudziłam się tylko po to, żeby stwierdzić, że nigdy-przenigdy nie wstanę dzisiaj, bo umarłabym po wystawieniu nogi spod kołdry, i w ten sposób się rozgrzeszywszy, nie zrobiłam świętego niedzielnego treningu. Przez co bolały mnie wszystkie kości przez cały dzień.
A w poniedziałek to już poooszło. Stwierdziłam, że nadal jestem zmęczona po sobocie, więc jeszcze jeden dzień odpoczynku. We wtorek… a we wtorek.. zbyt krótko spałam, bo w poniedziałek wieczorem rzeczywiście utknęłam przy komputerze do późnego wieczora, i wyszło zbyt mało godzin snu.
Opamiętanie przyszło dopiero, gdy zajrzałam do mojej magicznej tabelki excelowej. Połowa lipca się zbliża, a ja dopiero siedemdziesiąt pięć kilometrów wybiegałam! Kęsim!
… Dzisiaj już grzecznie wstałam i pobiegłam. Ale żebym frunęła – co to, to nie. Raczej wlokłam się, dysząc astmatycznie. Oj wstyd, wstyd. Stara już jestem, kondycji nie mam.
Słucham: Imię róży w interpretacji Krzysztofa Gosztyły. Czytam – na fali zainteresowania nowym serialem HBO Rodzina Borgiów (polecam, całkiem niezłe!) – Występni papieże renesansu Gerarda Noela.

Ano, im człowiek starszy, tym ciężej zad ruszyć. Szkoda, że Twój partner nie biega, byście się nawzajem mobilizowali. Ja mam ten fart z rowerem, że oboje jeździmy i oboje się na to rowerowanie nakręcamy. Ale ma to też drugą stronę, jak się nam obojgu nie chce, żadna siła nie ruszy nas z domu w efekcie czego snujemy się po domu w piżamach i jedyna mobilizacja to pora obiadowa
BTW jakiś czas temu dla zabawy przebiegłam 100m z prędkością 12km/h (specjalnie tak wolno by zobaczyć czy w ogóle potrafię, prędkość z licznika rowerowego Tomiego, który jechał obok mnie) i okazało się, że nie dostałam zadyszki(normalnie bym dostała na bank).
Nie trac wiary w bieganie. Jak forma szwankuje to biegnij woooooolllllnnnnno, az poczujesz luz:-) (vide Urodzeni biegacze) Mnie tez cieszy kazdy przebiegniety kilometr, tacy juz chyba jestesmy ale czasem moze nie warto na nie patrzec a zamiast tego poszukac w bieganiu przyjemnosci. Czasem uda mi sie wpasc w taki rytm, taki swoisty biegostan w ktorym moglbym trawac i trwac, biec i biec prawie bez konca. Dla takich chwil zawsze warto zalozyc buty biegowe i probowac. Co smieszne, a z jednej strony troche klopotliwe nigdy nie przydarza mi sie to na poczatku treningu a dopiero gdzies kolo 7-9 kilometra.
Powodzenia!!!