Wieść dnia: w Maratonie Warszawskim, w jednej z drużyn akcji Polska Biega, wystartuje mama mojego kolegi z pracy. We wczorajszej Wyborczej była o niej krótka notka, wraz ze zdjęciem. Gdy dowiedziałam się o tym dzisiaj rano, to oprócz tego, że poprosiłam kolegę o przekazanie mamie wielkich gratulacji z mojej strony, gratulacji, że odważyła się na publiczne podjęcie takiego wyzwania, to poczułam jeszcze coś…
Chyba po prostu jej pozazdrościłam: też chodziła mi myśl taka po głowie, żeby się zgłosić do tej drużyny, czytałam o akcji Polska Biega na blogu Jurka Skarżyńskiego. Ale oczywiście moje maniakalne ukrywanie się w cieniu i unikanie rozgłosu powstrzymało mnie od wysłania maila ze zgłoszeniem. Przecież musiałabym dać się sfotografować, jakiegoś wywiadu udzielić… Brrr…! Dzisiaj jednak pomyślałam sobie – ale już tylko w kontekście maratonu, a nie drużyny Polska Biega – że skoro maraton może pobiec mama kolegi, pani 51-letnia, to czemu nie mogę ja?? Czyżbym straciła już całą moją odwagę w obliczu najtrudniejszych wyzwań?
Życie przynosi same niespodzianki. Rano biegałam. Na szóstym kilometrze, gdy tętno po raz kolejny skoczyło mi powyżej 160 ud/min, stwierdziłam, że z czym do ludzi. Że chyba sobie ten maraton odpuszczę. Będę tylko bardzo lekko biegać, pięć, cztery razy w tygodniu. Ale na maraton absolutnie się nie nadaję. Żadna moja noga nie nadaje się do maratonu, nie nadaje się ani mój kręgosłup, ani moja psyche.
Cztery godziny później dowiedziałam się, że mama kolegi. I znowu wszystko w mojej głowie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Że jeszcze dwa miesiące. Że mam dobrą bazę: 1009 kilometrów wybieganych od początku roku. Że zeszłam z wagą do bezproblemowych 54 kg. Że w wakacje mam mniej obowiązków, więc będę mogła robić długie wybiegania w weekendy. I tak dalej. Lista argumentów na TAK okazuje się być dość długa.
Na NIE jest wyłącznie moje osobiste tchórzostwo i lenistwo. Znam się z nimi bardzo dobrze.
Ale ja miałabym nie dać rady…? Ja???
Muszę podjąć jakąś decyzję, bo w przeciwnym razie temat mnie zamęczy. Podobno najlepszym sposobem na pozbycie się pokusy, jest ulec jej. Jakiś plan treningowy znaleźć. Trochę usystematyzować te poranne quasi-treningi. Przestawić myślenie na konkretny cel. Wygląda na to, że największą pracę muszę wykonać na własnym umyśle. Jeżeli zaś chodzi o motywację zewnętrzną, to niekorzystną okolicznością jest fakt, iż moja współbiegaczka jest odstawiona od treningów na czas nieokreślony z powodu bolesnej kontuzji biodra. I znowu muszę w pojedynkę stawiać czoła samotności długodystansowca.
Trza wziąć się w garść. I coś postanowić. Poinformuję o decyzji asap. Muszę chwilę pobyć sama ze sobą.
Biegałam w środę (popołudniu, w rzęsistej ulewie – i love it!) i dzisiaj rano, w lekko zamglonym, wilgotnym powietrzu. Słońce już trochę inne niż w czerwcu, jakby jesienne…? Warszawa jest piękna o tej porze roku, po deszczu, wczesnym rankiem.

Komentarze