214-222

Czerwiec zakończyłam z kilometrażem 180 km. Szansa na złamanie 200 km była całkiem realna, ale niestety kilka poranków okazało się na tyle trudnych, że poległam. Sto osiemdziesiąt to jednak znacznie więcej niż zero, więc nie załamuję rąk. Mimo to nadal nie wiem, co z tym wrześniowym maratonem. Są dni, kiedy mam powera – a są inne, kiedy zdycham. Myślę sobie czasem, że zupełnie nie czuję się na siłach biec przez czterdzieści dwa kilometry. Ale jeszcze nie składam broni. Będę walczyć w czasie wakacji.

Dzisiaj uświadomiłam sobie z pewnym zaskoczeniem, że właśnie mija dziesięć lat, odkąd popadłam w ten ciężki nieuleczalny nałóg zwany bieganiem. Który to był dzień lipca 2001 roku – pierwszy, drugi, czy trzeci – tego nikt już nie pamięta, a mój pierwszy dzienniczek biegowy przepadł gdzieś w wirtualnej otchłani w trakcie jednej z wielu moich migracji z komputera na komputer, więc nie można sprawdzić daty. W każdym razie był to sam początek lipca 2001; to pierwsze pra-bieganie uwiecznione jest w kilku zdaniach w moim tekście Manifest biegowy joycat, do przeczytania w X-files. Wtedy nigdy bym nie pomyślała, że to będzie na tyle lat, a może nawet na całe życie. Wydawało mi się raczej, że to taki chwilowy kaprys, fanaberia, słomiany ogień. A jednak stało się inaczej. Czego mnie nauczyło te jedenaście i pół tysiąca kilometrów? Chyba głównie pokory, ale też samodyscypliny i skupienia na celu. Sympatii i wdzięczności dla mojego słabego ciała – kompletnie przestałam się przejmować jego ułomnościami. A także radości z rzeczy tak małych i nieważnych jak napotkany na środku drogi ślimak. Niech żyje bieganie!

Dzisiaj rano – tak jakby przyroda chciała uczcić moje dziesięciolecie – padał ulewny deszcz. A ja wylazłam w ten deszcz z domu i pobiegłam jak zwykle. Szybko przebierając nogami pośród gęstej, zacinającej mżawki, moknąc coraz bardziej, ociekając wodą pokonywałam kolejne kilometry. Nie ma nic bardziej oczyszczającego i wprawiającego w stany bliskie ekstazie jak bieg pośród deszczu. Próbuję czasami zrozumieć, co takiego jest w tym połączeniu dwóch stanów: duchowo-fizycznego i meteorologicznego, co w tym jest takiego, co tak bardzo mnie kręci, lecz wciąż nie znajduję odpowiedzi. Może powinnam przebiec kolejne dziesięć tysięcy kilometrów, żeby zrozumieć te wszystkie subtelne zależności i … uzależnienia.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.