Czy niebieganie może zepsuć cały dzień? Może, i to z kretesem. To przerażające uświadomić sobie, jak to człowiek popada z jednego uzależnienia w drugie. W szponach uzależnienia od endorfin? Przecież to jest ostatecznie taka sama chemia jak te wszystkie syntetyczne narkotyki, z tą różnicą, że produkowana przez nasze własne mózgi. Myślę, że jestem w ciężkim uzależnieniu.
Byłyśmy umówione na rano z Iwoną. W stałym miejscu. O czwartej obudził mnie gęsty, narastający szmer deszczu. Godzinę później lało. Wstałam, wyszłam na balkon: wątłe niteczki wody łączyły niebo z ziemią, szemrały liście drzew, nie była to apokaliptyczna ulewa, raczej ciepły letni deszcz, który prowokuje do tego, aby wystawić na werandę leżak, zawinąć się w koc i zasnąć pośród tajemniczego poszumu wody. Ale w tym moim mało przytomnym, wczesnoporannym umyśle powstało wrażenie intensywnej ulewy. Próbowałam wykoncypować, w co miałabym się niby ubrać na taką pogodę i przy temperaturze 19 st., i nic mi nie pasowało, bo we wszystkim, co choć trochę mogłoby mnie ochronić przed deszczem, natychmiast bym się ugotowała. Wróciłam więc do łóżka i napisałam sms do Iwony: Leje jak z cebra. Co robimy? Nie trwało długo, aż przyszła odpowiedź: Duży ten deszcz, za duży trochę. Taka odpowiedź była mi bardzo w smak, bo zdejmowała ze mnie część odpowiedzialności za decyzję o rezygnacji z biegania. Mój kolejny sms brzmiał więc jednoznacznie: To zróbmy sobie dzień dziecka! Szybko nadeszła nie budząca wątpliwości akceptacja, więc tylko napisałam na zakończenie: Śpimy!, i zapadłam w przyjemną drzemkę, w której tle deszcz szemrał cichą kołysankę…
Kara była straszna. Obudziłam się o ósmej – o ÓSMEJ!!! – zaspana, połamana, z bolącą głową i ze świadomością, że deszcz już dawno przestał padać, a ja, ja, ja!! – wielbicielka deszczu pod każdą postacią – przegapiłam taką okazję!! Nastąpił trudny poranek. Warczałam, gryzłam i byłam wyjątkowo złośliwa. A gdy Maksio zapytał mnie w końcu, na kogo jestem taka zła, to nie przeszło mi przez gardło, że na siebie samą.
I cały dzień był już taki: naznaczony piętnem moich rozlicznych słabości. Gdzie się nie obejrzę, tam moja słabość. Brak mi równowagi we wszystkim co robię. Nie lubię siebie takiej.
Ten tydzień kończę z wynikiem 43 kilometry, identycznie jak tydzień poprzedni.

Komentarze