201-208

Siadam i piszę, bo mi tu już blog obumiera. Nie było mnie tutaj prawie dwa tygodnie: rzeczywistość skrzeczy i zagania człowieka do roboty. W kończącym się właśnie tygodniu nie byłam też jakoś specjalnie zachwycona życiem i po powrocie z pracy ciskałam plecak z komputerem daleko w kąt, żeby zszedł mi z oczu, więc wszystko to razem do kupy wzięte zupełnie nie sprzyjało pisaniu. Ani czasu, ani ochoty. Zaliczam jakiś twórczy dołek. Na szczęście jednak nie jest to dołek biegowy.

Ponieważ nie ma mnie na blogu, a jakoś muszę ogarnąć te przyrastające kilometry, wprowadziłam ostatnio do dzienniczka biegowego małą, banalną innowację, polegającą na tym, że przy każdym rekordzie wpisuję numer porządkowy biegania / treningu (do tej pory liczenie odbywało się tylko na blogu). Stąd wiem, że od ostatniego mojego tutaj wpisu minęło osiem treningów, dających w sumie 84 kilometrów. Dużo to czy mało, faktem jest jednak, że kolejna para spodni trochę ze mnie opada i zdaje się, że coś będę musiała z tym zrobić. Zaś na przełomie dwóch poprzednich tygodni (biegi od 197 do 204) pobiłam swój życiowy rekord w liczbie treningów pod rząd: wyszło ich aż osiem bez ani jednego dnia przerwy i gdyby nie to, że podczas treningu numer 204 zaczęło mnie lekko ćmić prawe kolano, to może w ogóle nie robiłabym przerwy. Bo się przyzwyczaiłam i budzę się teraz o 3:50, kiedy ptaki wrzeszczą jak opętane. Noce są zbyt ciepłe i generalnie nie chce mi się już spać, więc po co leżeć w nagrzanej pościeli…?

Wczesne poranki – nawet w bardzo upalne dni – są wbrew pozorom całkiem znośne. Mamy teraz do czynienia z bardzo korzystną pogodą: w ciągu dnia słońce i gorąco (co akurat mi przeszkadza, ale na szczęście mam w pracy klimatyzację), a w nocy burza i deszcz. Dzięki temu, gdy wybiegam z domu o 4:30, to panuje świeży chłodek w granicach 19 stopni, powietrze zaś przesycone jest zapachem deszczu i wilgocią. Mimo to daje mi się we znaki ogólne zmęczenie spowodowane bezustanną pracą przez cały rok szkolny. Przecież nie miałam zimowego urlopu… Gdy spotykamy się z Iwoną przy naszym kultowym płocie, obie mamy całkiem nieprzytomne, zaspane spojrzenia i generalnie nie tryskamy nadmiarem energii życiowej. Dwa kilometry dalej czujemy się jednak już znacznie lepiej, nastroje też są jakby weselsze, mimo tego, że ostatnio jestem generalnie zdegustowana wszystkim dookoła i nie grzeszę optymizmem.

Jestem zdeterminowana, aby czerwiec zakończyć z kilometrażem powyżej 200 km. Biegam jak w transie i zastanawiam się, jak to możliwe, że miewam takie okresy w życiu, kiedy nie mogę się zmusić do założenia butów biegowych? Teraz najchętniej bym ich już nie zdejmowała… Poranna dawka endorfin przyjemnie znieczula mnie na kilka przedpołudniowych godzin, a gdy dzień jest dobry – to aż do wieczora. Bieganie jest fizjologicznie uzależniające.

I jeszcze jedno: wszystko nieuchronnie schodzi na psy. Na początku kwietnia kupiłam w Ergo Sklepie Kayano 16. Dzisiaj mają na liczniku zaledwie 443 km. Tymczasem zapiętki w obu butach po wewnętrznej stronie podarły się na wylot. Z zapiętków sterczą teraz na wszystkie strony dekoracyjne strzępki materiału i gąbki. Nigdy dotąd, w żadnych butach biegowych, a miałam ich już czternaście par, w tym pięć razy Kayano, nie zdarzyło mi się coś podobnego. Produkcja? Made in China. Specjalnie mnie to nie dziwi – teraz w Chinach produkuje się nawet Volvo, ale zdumiewa i zniesmacza mnie fakt, że firma Asics idzie na kompromisy z jakością. Flagowy model i taki shit!! Pewnie moje kolejne buty – gdy szesnastki sprują się już do ostatniej nitki – to też będą Kayano, ale moje uwielbienie dla tego modelu znacznie straciło na intensywności. Ech, nie ma w życiu nic stałego, nic pewnego, rozczarować cię mogą nawet najlepsze na świecie buty biegowe. Czy w takiej sytuacji można pozostać optymistą?

P.S. W czytaniu szalenie optymistyczna książka: Kraina fast foodów Erica Schlossera.

Comments

  1. pit68 says:

    A ja miałem nie dawno rozmowę z bardzo wielka optymistką… mimo, ze uparcie przekonywałem, ze nie widzę przyszłości, ze jestem pewien iz wszystko to co wokół sie zawali w realnym czasie, ze nie ma żadnej nadziei, pani z wyczuwalnym przez telefon miłym uśmiechem, niezrażona pytała czy rozmowę z doradcą finansowym chciałbym zacząć od inwestowania w któryms tam filarze, czy od przyszłosci dzieci:-)

  2. joycat says:

    No to rzeczywiście pani wykazała się: aktywnym słuchaniem, empatią i umiejętnością badania potrzeb klienta :-) :-)
    Rozmowa sprzedażowa leży i kwiczy.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.