Jak miło na urlopie. Sobie siedzę w domu, odpoczywam, mam wszystko w nosie i zajadam się czekoladkami z advocatem i wafelkami Knoppers. Mniam, mniam. Trochę muszę przytyć, bo mi coś za luźno w dżinsach. Tak mi jest miło i nigdzie nie śpieszno, że nawet dzisiaj dałam sobie jeszcze jeden dzień wolnego po środowym Biegu Niepodległości. Ach, co to był za bieg! Będę go pamiętać.
W ulewnym deszczu, ziąbie i totalnej listopadowej słocie. Największa pogodowa wstrętność, jaką sobie można wyobrazić na tę porę roku. Gdyby nawet było zimno, mroźno, ale słonecznie i sucho, albo gdyby nawet wisiała w powietrzu zimna wilgotna mgła – wszystko byłoby do przeżycia. A tu taki deszcz. Tak sobie teraz to wspominam, ale oczywiście nie ma takiej pogody, która mogłaby zatrzymać siedem tysięcy biegaczy – więc wszystko poszło zgodnie z planem i tylko wracając już do domu, kuliłam się z zimna w samochodzie zwinięta w kłębek na fotelu pasażera, bo przemoczone miałam wszystkie warstwy ubrania, włącznie z bielizną.
Pomijając kwestię niekorzystnej aury, to bawiłam się świetnie. Start był monumentalny i robił potężne wrażenie zwłaszcza na tych, którzy mogli go obserwować z jakiegoś podwyższenia, bo Alejami Niepodległości w kierunku centrum popłynęła szeroka rzeka biegaczy ubranych w białe i czerwone koszulki. Ja oczywiście ze słuchawkami w uszach – nie słyszałam ani hymnu, ani przemówień, ale dostałam takiego adrenalinowego kopa, że ledwo przekroczyłam linię startu, a popędziłam ile sił w nogach – żadne tam rekreacyjne tempo nie wchodziło w grę: jak biegać, to najszybciej jak się potrafi. W koleinach ulic zbierały się głębokie kałuże, woda lała się z nieba – wkrótce chlupało mi już w butach. Wyprzedziłam kilkaset osób, co na pierwszych kilometrach było sporym utrudnieniem, bo tłum był gęsty i denerwowałam się, że przede mną jest tylu maruderów. Przecież były wyznaczone strefy startowe! Gdybym nie musiała co chwila zwalniać, lawirować, mijać ludzi biegnących przede mną, to może miałabym lepszy czas, a tak wyszło 00:58:14 netto, co i tak sprawiło mi jednak dużą radość, bo jest to wynik lepszy od wyniku z Biegnij Warszawo o ponad minutę. A przecież w ogóle nie trenowałam szybkości – tak sobie tylko biegam i kolekcjonuję kilometry. Zajęłam 3824 miejsce w klasyfikacji open, a ciekawe, które miejsce w klasyfikacji kobiet – muszę sprawdzić. No i szkoda, że imprezy tego formatu są tak rzadko: kolejna to dopiero Półmaraton Warszawski w marcu 2010.




2 comments
Comments feed for this article
listopad 13, 2009 @ 6:39 pm
lavinka
“Pomijając kwestię niekorzystnej aury, to bawiłam się świetnie.” Takoż i ja, między 12-15 jeździłam na rowerze po Bemowie i Woli. Wracając dostałam czkawki z zimna,ale nawet kataru nie dostałam,mimo że byłam mokra od stóp do głów, puchówka przeciekała. No i cała w błocie byłam,ale to szczegół.
W sumie te półmaratony mogły by być częściej, może bym wpadła jako fociarz
A tak zazwyczaj mi przelatują, większość jest w weekendy, w które wyjeżdżam. Pech.
listopad 13, 2009 @ 8:45 pm
joycat
Nie ma to jak utytłać się w błocie i przemoczyć do suchej nitki – zawsze powtarzam, że to najlepsza szczepionka przeciwko jesienno-zimowym infekcjom.
Może kiedyś uda mi się namówić Cię na kibicowanie i robienie zdjęć? Bo każdy zaprzyjaźniony obiektyw jest na wagę złota: zdjęć z takich biegów są w sieci dziesiątki tysięcy, ale znaleźć siebie na chociażby jednym to jak szukanie igły w stogu siana
Dziś nabyłam drogą kupna kilkanaście e-zdjęć z serwisu FotoMaraton – zostałam uchwycona tuż przed metą; jak je dostanę, to pokażę, chociaż chyba nie są zbyt ciekawe.