Mgła. Ciepło, 8 stopni. Prawdziwy listopad. Wszystko przybrało ten specyficzny rozmyty lekko odcień szarości, co obserwowałam wczoraj z dużym zaciekawieniem jadąc pociągiem do Krakowa. Świat ma tyle kolorów, a w listopadzie wszystko robi się monochromatyczne. Pola, lasy, łąki, miasta, miasteczka – wszystko okrywa szary woal z deszczu i mgły, i nie ma granicy między niebem a ziemią. Czy smutno? Ani trochę. Zupełnie nie mam czasu na pławienie się w późnojesiennej melancholii, dni tak szybko uciekają. Jakbym ciągle jechała tym pociągiem, jakimś oszalałym ekspresem.

W drodze powrotnej z Krakowa, patrząc w okno jadącego pociągu, przez ułamek sekundy zarejestrowałam wczoraj taki obrazek. Miejscowość Tunel – tak było napisane na starym budynku stacji kolejowej, pomalowanym na ten charakterystyczny brudnożółty kolor, typowy dla wszystkich polskich stacji i stacyjek. Tuż obok stacji sklepik spożywczy. Betonowe pudełko, z przeszklonymi drzwiami i z dużym oknem. Za szybą półki z asortymentem. Wewnątrz sklepu, za zamkniętymi drzwiami, oparta o ścianę stała ekspedientka. Jakiś sweterek i fartuch w czarno-białe grochy. Patrzyła przez okno, na nasz pociąg. Stała oparta o tę ścianę, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, jak osoba, która nie ma kompletnie nic do roboty. Za oknem deszcz, na ziemi brunatne mokre liście na betonowym chodniku. No i nasz pociąg relacji Kraków-Warszawa, wiozący ludzi, którzy tylko przez mgnienie oka zaistnieli w życiu ekspedientki z małego sklepu w miejscowości Tunel. O czym myślała? Co ugotuje na obiad dla męża? A może o beznadziei listopadowego dnia w Tunelu, kiedy do sklepu nie przychodzą żadni klienci? A może o smutku życia, kiedy ma się wrażenie, że się utknęło w martwym punkcie, a prawdziwe życie jest gdzieś daleko, tam dokąd zmierza z głośnym szumem pociąg intercity. Złudzenia – dobrze jest tylko tam, gdzie nas nie ma.

Została mi ta migawka w głowie, bo większą część podróży medytowałam z laptopem rozłożonym na kolanach, gapiąc się w okno w poszukiwaniu jakiejkolwiek inspiracji: wraz z nieoczekiwanym awansem spadło na mnie tysiąc pięćset trudnych tematów, w tym interpersonalne – a takie najtrudniej rozwikłać. Brzuch mnie boli – wracają nerwy jak ze szkoły, z czasów, kiedy raz na jakiś czas musiałam pisać klasówkę z matematyki.

Dzisiejsze poranne bieganie również dedykowane było problemom, na które wciąż nie znalazłam rozwiązania. Myślę o pracy już prawie bez przerwy i czuję się jak w matni. Boję się, że sobie z tym wszystkim nie poradzę. Zawsze miałam przerost poczucia odpowiedzialności. Może powinam część kwestii po prostu olać – byłoby mi łatwiej, a nie takie bezustanne dążenie do perfekcji, to mnie w końcu zeżre.