Wczorajszy dzień bardzo duszny, taki co to prowokuje nerwowe szarpanie kołnierzyka przy koszuli. Tlenu! Tlenu!!! Myślałam już, że się uduszę. Jadąc z pracy do domu wykonałam nad sobą gigantyczną pracę, żeby ochłonąć i żeby na powitanie z rodziną nie trzasnąć czymś kruchym o ścianę. Na przykład porcelanowym kotem w różowe kwiatki. Za oknem samochodu błyszczące od deszczu ulice w pomarańczowej poświacie – moja pogoda, moje remedium, moja ulga i moje powietrze. Niestety do rana przestało padać, za to podniosła się mgła – dobre i to. Wprost nie mogłam się doczekać poranka i dźwięku budzika. Nie spałam dziś zbyt dobrze.
Po dzisiejszym porannym bieganiu – 10 km – wrócił mi jednak humor: wszystko wydało się śmieszne, małe, niewarte tych wczorajszych nerwów, tego zaciskania pięści i trzymania w ryzach całego ciała, żeby nie zdradziło, w jak wielkich jestem emocjach. Jak nie wiesz co zrobić, to naprawdę – skatuj się, zmęcz, przeciśnij się przez igielne ucho, a poczujesz się lepiej, może niekoniecznie mądrzej, ale na pewno spokojniej. Gdy wróciłam z biegania, to oprócz wielkiej plamy potu na plecach miałam jasny umysł i kilka mocnych postanowień. Do pracy pojechałam spokojna jak muszka.
Chudnę. Dzisiaj waga pokazała 55, 5 kg. W dwa miesiące jest mnie cztery kilogramy mniej, a przecież w żaden sposób nie zmieniłam diety. Cały czas opycham się makaronami, piję red bulla (ale nie jem słodyczy i nie słodzę herbaty). Warzyw i owoców sporo, ale znowu nie tak wiele, a mięsa prawie wcale nie jem. Ale lepiej mi bez tych nadmiarowych kilogramów – czuję się lekka jak motylek.




No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu