Dziś: zimno, zimno, ale wcale nie zimniej niż wczoraj. Wiało mocniej. Pozapinana szczelnie pod samą szyję, wszystkie suwaki zamknięte, rękawiczki w mankietach kurtki, głowa tkwiąca głęboko w wiatroodpornym czapkowym wynalazku – cóż mi się może stać. Tylko dwa rodzaje pogody mogą mnie zatrzymać w domu: huragan łamiący gałęzie – pod naszą szerokością geograficzną taki wiatr nazywa się orkan (ładnie – dobre imię dla psa), przeżyliśmy kilka orkanów w ciągu ostatnich zim – oraz burza z piorunami, jako że boję się piorunów i gdy tylko widzę burzę na horyzoncie, to chowam się do szafy. A cała reszta stanów atmosferycznych to pikusie, włącznie z nawalnymi deszczami. Bieganie w niskich temperaturach eliminuje z moich dróg oddechowych wszelkie zarazki. Dookoła ciągle jakieś infekcje, wszyscy smarczą i kaszlą, grypa wyłazi nawet z telewizora i z telefonu, mi tymczasem wciąż jakoś udaje się ujść z życiem.

Przeczytałam dzisiaj w prasie, że w nocy z 31 października na 1 listopada, a więc wówczas, kiedy zaduszkowo biegaliśmy po Łosiowych, zmarł w Paryżu Claude Lévi-Strauss, postać wielkoformatowa i wielowymiarowa. Miał 100 lat. Muszę w końcu przeczytać Smutek tropików. Podobno w jednym z ostatnich wywiadów Lévi-Strauss powiedział: Zauważam straszliwe zniszczenia, stopniowe zanikanie całych gatunków roślin i zwierząt, a także to, że ludzkość z powodu swej rosnącej liczebności żyje w stanie wewnętrznego zatrucia. Świat, w którym kończę egzystencję, nie jest światem, który mógłby mi się podobać. Z perspektywy stulatka, który widział narodziny nowoczesnego świata, ale i ogrom nieszczęść, jakie przyniósł wiek  dwudziesty, to mimo wszystko strasznie pesymistyczna diagnoza. Ja się tu pławię we własnym trzydziestokilkuletnim optymizmie, ale może rzeczywiście jest tak, że świat się kończy, wszystko ulega dezintegracji, giną gatunki, a homo sapiens stoi na krawędzi samozagłady? Miałam ostatnio kilka rozmów o etyce i moralności: czy nasze pokolenie w ogóle wie, co to  znaczy postępować etycznie? Zdaje się, że większość z nas żyje, a raczej wegetuje, nie skalawszy się jakąkolwiek refleksją nad światem, nad sobą i nad własnym postępowaniem. Ludzka głupota nie zna granic. Jesteśmy pozbawieni moralnych kręgosłupów – z moralnością schodzimy do poziomu bezkręgowców. Dla kasy można złamać wszelkie zasady. Jeszcze jest kwestia cywilnej odwagi – kogo z nas na nią stać? Niewielu.

Wczoraj moje dziecko popełniło pierwszy raz w życiu czyn, który można by zakwalifikować jako kradzież. Zrobiło to oczywiście nieświadomie. Byłam zdumiona poglądowością lekcji, jakiej udzieliły mi okoliczności: oto niepowtarzalna okazja na wykształcenie w dziecku moralnej zasady związanej z normą społeczną nie kradnij. “Kradzież” w wykonaniu Maksia polegała na tym, że zabrał z przedszkola samochodzik należący do jego kolegi z grupy. Zabrał ten samochodzik po cichu, nie mówiąc nic koledze, ani nie pytając go o zdanie. Sprawa oczywista. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że nie należy tak robić. Bo dotychczas nie doświadczał takich pokus, więc nie  zdążył jeszcze wykształcić w sobie wewnętrznych hamulców. Porozmawialiśmy więc, wyjaśniliśmy, czemu nie przywłaszczamy sobie cudzych rzeczy; samochodzik pojechał dziś do przedszkola i zaparkował z powrotem na półeczce kolegi. Ciekawe, na ile trwała będzie to nauka. Czy na całe życie? Ja na przykład do dziś pamiętam, jak to w pierwszej klasie podstawówki ukradłam koleżance gumkę do ścierania – tak strasznie mi się ta gumka podobała. I do dziś pamiętam te wyrzuty sumienia.