Rano było naprawdę zimno. Na termometrze tylko -3 stopnie, strasznie jednak wiało z południowego-wschodu i odczuwalna temperatura była znacznie niższa. Ubrałam się jak na wyprawę arktyczną: dwie pary gaci, długie i krótkie, a te długie to wodo- i wiatroodporne legginsy, które przebiegały ze mną niejedną ciężką zimę. Szczególnie dumna jestem z mojego wynalazku na głowę – jest to nowatorski zestaw dwóch czapek, który wymyśliłam wczoraj wieczorem szykując ubranie na dzisiejszy poranek i wiedząc, że będzie niemiłosiernie, lodowato wiało. W poszukiwaniu czegoś odpowiedniejszego niż moja ulubiona czapka z daszkiem, przekopałam jedną z szuflad i odnalazłam w niej North Face Granite Cap, którą kupiłam w zeszłym roku jadąc w Alpy. Jest to naprawdę kawał solidnej odzieżowej technologii: z wiatroodporną membraną i polarkiem od spodu, z okrywą szczelnie osłaniającą uszy i kark. Pod tę czapę założyłam jeszcze cienką czapeczkę zrobioną ze złożonego buffa i w rezultacie było mi ciepło jak w futrze. Kurtkę też mam specjalną na wiatr, więc stwierdziłam, że w nosie mam warunki atmosferyczne, i tylko Piotr – służbowo dyżurujący o świcie przy komputerze – patrzył na mnie ze współczuciem pomieszanym z niedowierzaniem, że takie zjawisko w ogóle jest możliwe: dobrowolne opuszczenie ciepłego łóżka i wyjście z domu na mróz.

Po prawdzie bieganie pod wiatr łatwe nie jest: przez cztery kilometry leciałam z wmordewindem, co mnie strasznie zmęczyło, łzy lały mi się z oczu, i w ogóle nie czułam się najlepiej. Przypomniało mi się, jak to biegałam kilka razy półmaraton w Wiązownej pod Warszawą: znienawidziłam tę imprezę od pierwszego wejrzenia i tylko wrodzone zakapiorstwo i chęć uczynienia na złość samej sobie sprawiły, że biegłam tam jeszcze dwa razy. Wiązowna to specyficzna impreza, odbywa się na przełomie lutego i marca, jest to pierwszy półmaraton w sezonie, ale pogoda jest wówczas jeszcze mocno zimowa. Na domiar złego Wiązowna położona jest na bezkresnej mazowieckiej płaskiej jak stół równinie, gdzie wiatr hula we wszystkich kierunkach i spycha z trasy biegaczy. Trasa prowadzi po okropnym, lodowatym pustkowiu i tylko gorący doping kibiców we wsiach leżących na trasie biegu pozwala tę katorgę jakoś przeżyć. Za pierwszym razem w Wiązownej do mety dotarłam w charakterze kawałka lodu, sztywna i zimna jak trup, w stanie umiarkowanej hipotermii – tak mnie przewiało i wychłodziło. Za drugim razem było niewiele lepiej. Za trzecim razem znowu wiało tak mocno, że spychało mnie z trasy – a ważyłam wtedy tylko 49 kg!! – więc stwierdziłam, że dosyć tego, za jakie grzechy mam się tak katować.

Dzisiaj było właśnie jak w Wiązownej. Tyle, że nie przemarzłam, bo od piątego kilometra miałam wiatr w plecy i niesiona tym wiatrem błyskawicznie żeglowałam w kierunku domu.

A tymczasem jutro zapowiada się powtórka z rozrywki. Jak donosi Pogodynka.pl temperatura odczuwalna o godz. 5:00 wynosić będzie… minus 18 stopni. Hm. Może założę jeszcze jedną czapkę.