Dwa biegi w ciągu jednej doby. W sobotę rano standardowa pętla 10 km po mojej bliższej i dalszej okolicy. Sucho i mroźno, termometr pokazywał -3 stopnie, całe Jelonki spowite były lodowatą mgłą znad pól za Lazurową, mgłą,  która osiadała w postaci białego szronu na trawnikach, drzewach, samochodach. Jesienna przyroda ścięta mrozem: liście posypały się z drzew, gdzieniegdzie brodzi się w nich po kostki.

Przy Cmentarzu Wolskim, mimo wczesnej pory, gorączkowa krzątanina sprzedawców zniczy i kwiatów: chodnik zastawiony z obu stron straganami i samochodami dostawczymi. To samo przy cmentarzu prawosławnym przy cerkwi na Wolskiej.

W nocy, po upływie osiemnastu zaledwie godzin, drugi bieg – umówione kilka dni wcześniej nocne łosiowanie z okazji Zaduszek. No już nie chciało mi się z domu wychodzić – byłam zmęczona i mój organizm wysyłał jednoznaczne sygnały, że czas spać. Ale ubrałam się – pełen rynsztunek, włącznie z lampką czołową – i pojechałam na WAT. Miłe spotkanie z Pitem i z kilkoma innymi bywalcami Łosiowych. Ruszyliśmy. W lesie ciemno choć oko wykol, ale siedem lamp dawało wystarczająco dużo światła. Moja Tikka XP Petzla okazała się znakomita. Kupiłam ją jeszcze w zeszłym roku, ale do tej pory ani razu nie wypróbowałam jej podczas biegania w nocy po lesie. Okazało się, że oświetla mi drogę światłem rozproszonym na około trzydzieści metrów do przodu i naprawdę biegło mi się bardzo komfortowo. Jedyne utrudnienie było takie, że w bladym świetle lamp nie było widać korzeni pokrytych opadłymi liśćmi – trzeba było wysoko podnosić nogi, żeby się nie potknąć.

Moje samopoczucie mimo późnej pory o dziwo rewelacyjne. Tętno poniżej 150 uderzeń. Chłodne, pachnące lasem powietrze – to co lubię. Gdy się biegnie w grupie, to wytwarza się jakaś dodatkowa energia, czerpiemy ją od siebie nawzajem i biegniemy równym tempem, w zwartym szyku. Super – już zapomniałam, jakie to przyjemne i jak uskrzydla.

Zrobiliśmy 12 km, bo z łosiowej pętli skręciliśmy w pewnym momencie na Latchorzew, a potem Stare Babice, żeby odwiedzić dwa cmentarze. Jeden komunalny, drugi – upamiętniający żołnierzy poległych w tej okolicy we wrześniu 1939 roku.  Widoki magiczne: setki zapalonych żółtych, czerwonych lampek, światełka drgające w ciemnościach. Wspięłam się na ogrodzenie cmentarza cywilnego i zagapiłam się na groby: nie było w nic nich strasznego, wyglądały bardzo pięknie, trochę nostalgicznie, ale ciepło, tak jakby nasi drodzy zmarli pozdrawiali nas z zaświatów. Pomyślałam sobie, że te pełgające płomyki są niby te dusze, które odeszły – ich materialna emanacja. Potem, na cmentarzu wojskowym, czytałam po kolei napisy na jednakowych, surowych krzyżach: Nieznany żołnierz, zginął we wrześniu 1939 r… Żyli normalnie, byli młodzi, w pełni sił, mieli plany, kochali się, kłócili, różne rzeczy były dla nich ważne, a potem przyszła wojna i musieli wziąć do ręki karabin, i pewnie w ich śmierci nie było nic wzniosłego, była krwawa, bolesna, bardzo fizjologiczna – a na koniec mają bezimienne groby. Ależ jesteśmy szczęściarzami: bez lęku w środku nocy stoimy nad ich zbiorową mogiłą, jest pokój, bomby nam nie lecą na głowę. W takich chwilach jestem niewypowiedzianie wdzięczna losowi za to kim jestem i w jakim świecie przyszło mi żyć. Co tam korki, świńska grypa, zima, globalizacja i korporacje – ważne, że żyjemy, a życie jest piękne.

Tak więc wyszło 12 km. Wróciłam do domy o wpół do drugiej, Piotr już w piżamie, ale czekał na mnie: Dziecko, gdzie ty się szlajasz po nocy, która jest godzina..? :) Ech, jak dobrze, gdy ktoś na nas czeka…

Jeszcze na koniec krótkie podsumowanie października. Tak, tak: po raz pierwszy od września 2004 (!!!) miesięczny kilometraż przekroczył 200 km! Ale wtedy przygotowywałam się do maratonu w Budapeszcie, a teraz? Wyłącznie żelazna siła woli mej :-) Pękam z dumy, proszę mnie chwalić. Październik 2009 zamykam z kilometrażem równym 204 km. Od sierpnia, kiedy to podjęłam ostatnią, desperacką próbę powrotu na Moją Ścieżkę, przebiegłam w sumie 515 km. Niedługo “pęknie” mi również 10 000 kilometrów – to będzie mój łączny kilometrażowy urobek, odkąd zaczęłam biegać w lipcu 2001. Dzień, w którym to nastąpi, musi być jeszcze w tym roku. Do osiągnięcia granicy 10 tys. km zostało mi jeszcze 424 km – spokojnie do zrobienia do końca grudnia :) Jestem na fali.