No zupełnie dzisiaj nie mam głowy do pisania tutaj. Czuję się jednak w obowiązku – wszędzie te obowiązki! – napisać te kilka zdań, bo potem zapomnę, pomyli mi się wszystko i eksperyment runie. Środa, czwartek – biegałam zgodnie z planem. Wczoraj deszcz, dzisiaj mgła. Jesień, głęboka jesień w przyrodzie. Ile tych liści na chodnikach! Gdzieniegdzie już gołe gałęzie strzelają ku niebu. Pod Cmentarzem Wolskim festiwal chryzantem: pola żółtych kwiatów stojących w ordynku, w czworobokach, kwiatów puszystych, świeżych, i wcale nie nostalgicznych – dumne chryzantemy, symbole chińskiej władzy cesarskiej – nawet w świetle latarni, pozbawione słońca, żółcą się nieprzyzwoicie. Przepiękne kwiaty.
Dobrze mi się biega w ostatnich dniach. Wczoraj skatowałam się, bo przez ostatnie dwa kilometry – w tym deszczu – pędziłam jakby mnie kto gonił, ale endorfiny buzowały mi pod czaszką – gejzer energii i radości. Przekroczyłam dziś granicę 56 kg, co jest odczuwalne również w garderobie i co jest fajne, ale trochę mnie niepokoi. Bo z moim organizmem to jest tak, że intensywne bieganie i intensywne chudnięcie idą w parze: jak już uruchomiłam po kilkuset kilometrach ten tryb szybkiego spalania nadmiarowego tłuszczu, to teraz poleci wszystko w dół. Będzie mi się chciało biegać, nie będę umiała przestać, a kilogramy będą w trajektorii malejącej. Jeszcze dwa kilo, a garderoba do wymiany: spodnie, spódnice, koszule to może najmniej, ale w biodrach wszystko będzie na mnie wisieć. Jak Piotr to przeczyta, to chyba schowa mi buty
Mam teraz w pracy trochę wyzwań (…a kiedy ich nie miałam?) Myślę sobie – w chwilach, gdy dopadają mnie stany paniczne – że to bieganie to jest moje remedium na wszystkie szaleństwa funkcjonowania w korporacji. Wystarczy, że wyobrażę sobie zimny świt i moją drogę, a od razu opadają ze mnie emocje, uspokajam się. Wciąż nie wiem, co we mnie jest takiego, że jak piorunochron ściągam na siebie problemy – misje niemożliwe, na których inni się wykładają, a z którymi ja rzekomo mam sobie poradzić. Boję się? Boję się…? Nie, nie boję się!




4 comments
Comments feed for this article
październik 30, 2009 @ 7:28 am
pit68
Odpowiedzią(częscią odpowiedzi) jest słowo stworzone przez profesora Kotarbińskiego: spolegliwość. Oczywiście w znaczeniu jakie wybrał profesor a nie tym jakie się częściej nadaje.
październik 30, 2009 @ 8:44 pm
joycat
To miłe co napisałeś, nie znając mnie z relacji służbowych. Myślę jednak, że może nie powinnam być taka pewna, że jestem w stanie zbawić świat – tacy ludzie nie przysparzają sobie popularności, czego niestety będę musiała doświadczać. Piątki to takie dni, kiedy naprawdę jestem zmęczona. Dobrze, że jutro Zaduszki. Pogadamy w lesie.
październik 30, 2009 @ 6:03 pm
skryte
Jakoś nie umiem połączyć Ciebie i strachu
to chyba nie jest jednak możliwe
październik 30, 2009 @ 8:46 pm
joycat
Oczywiście nie trzęsę portkami – ale niepokój jest jak ból zęba. Zmiany są trudne.