Coraz częściej poranne bieganie – tę moją jedyną samotną godzinę – przeznaczam na uporządkowanie spraw zawodowych. Nie przypuszczałam, że dojdzie do tego tak szybko: że praca wkroczy na mój prywatny kawałek podłogi, ten kawałek, na który absolutnie i pod żadnym pozorem nikogo nie wpuszczam. Przyłapałam się na tym dopiero dzisiaj, ale wiem, że w rzeczywistości to nie było po raz pierwszy: podczas mycia zębów postanowiłam, a raczej ułożyłam w głowie – zupełnie bezwiednie – trzypunktowy plan, określający kwestie, które muszę przemyśleć, zanim dzień rozpocznie się na dobre. No i potem, już biegnąc, zastanawiałam się: przemyślałam strategię na dwa spotkania i ustaliłam priorytety – czym powinnam się zająć w pierwszej kolejności. Nie wiem, czy to normalne? Trochę mam chyba za dużo na głowie, staram się jednak zachować zimną krew.

Dzisiaj: 10 km wolno, na niskim tętnie. Nic się nie wydarzyło. Dziewczyna z psem na trasie, Golfista powrócił na swój narożny posterunek. Nie spotkałam Inżyniera.

Wczoraj byłam w Poznaniu. Podróż była wygodna – przez te dziesięć, kilkanaście lat, jakie minęły od mojej ostatniej podróży koleją, trochę się jednak zmieniło, jeżeli chodzi o standardy  obsługi klienta i komfort podróży, przynajmniej w pociągach intercity. Ale jak się jedzie przez ten jesienny kraj, te wszystkie prowincjonalne stacje kolejowe, to wszędzie jakieś stare gospodarstwa, budy, składy opału, prymitywne warsztaty blacharskie, wszystko nadgryzione ciężkim zębem czasu, jakieś brudne, ciemne, szare. Gdy się siedzi w Warszawie i tylko czasem gdzieś wyjeżdża – samochodem po drodze szybkiego ruchu naszpikowanej nowoczesnymi stacjami paliw i mak-donaldem co sto kilometrów – to ma się zupełnie inny ogląd tej naszej rzeczywistości. Wracałam do stolicy już po zapadnięciu zmroku – za oknami wagonu była czarna gęsta noc, nie zmącona ani jednym światełkiem, ani jedną latarnią. Jakbyśmy jechali przez dziki kraj. Wynurzyłam się z podziemi Centralnego od strony Emilii Plater: Pałac Kultury cały w iluminacjach, Jerozolimskie tętniące życiem, właściwie świeciła nawet mgła wisząca w powietrzu – i wyrwało mi się głośne: Warszawa, moja Warszawa. Nie chcę nigdy w życiu stąd wyjeżdżać, lubię to miasto.