Biegam z muzyką. Od dawna – chyba od urodzenia Maksia. Obecnie w zasadzie nie wyobrażam sobie już biegania bez muzyki, dlatego wolę biegać sama. Muzyka odgradza mnie trochę od własnych defetystycznych myśli, a trochę kieruje je na inne tory, tak jakby pobudzała mózg do pozytywnego, kreatywnego myślenia. Podobnie zauważam, że znacznie lepiej mi się myśli i pracuje, gdy słucham muzyki, a już najlepiej, żeby była mocno energetyczna. A do biegania – to już w ogóle: musi być gonitwa bitów. Madonna świetnie się do tego nadaje i jak dotąd nie mam na prywatnej playliście nikogo, kto by ją pokonał – no może z wyjątkiem Oakenfolda, ale mimo wszystko wolę Madonnę. Może dlatego, że to kobieta.
Wczoraj, tuż przed piątą rano, pośród uśpionych ulic, olśniło mnie, jaka jest moja najlepsza biegowa piosenka ever – żadne tam Eye of The Tiger, które tradycyjnie wygrywa wszystkie rankingi hitów zestawianych przez biegaczy. Otóż jest to Madonny Jump z płyty Confessions On A Dance Floor. To jest taka piosenka, która potrafi poderwać do szybkiego biegu na kilometr przed metą maratonu. Jeżeli w przyszłym roku będę biegła maraton, to ten kawałek zostawię sobie właśnie na ostatni kilometr.
There’s only so much you can learn in one place
The more that I wait, the more time that I waste
I haven’t got much time to waste, it’s time to make my way
I’m not afraid of what I’ll face, but I’m afraid to stay
I’m going down my own road and I can make it alone
All work and no fighting, I’ll find a place of my own
Are you ready to jump?
Get ready to jump
Don’t ever look back, oh baby,
Yes, I’m ready to jump
Just take my hands
Get ready to jump
We learned our lesson from the start, my sisters and me
The only thing you can depend on is your family
And life’s gonna drop you down like the limbs of a tree
It sways and it swings and it bends until it makes you see
Are you ready to jump?
Get ready to jump
Don’t ever look back, oh baby
Yes, I’m ready to jump
Just take my hands
Get ready to, are you ready?
There’s only so much you can learn in one place
The more that you wait, the more time that you waste
All work and no fighting, I’ll find a place of my own
It sways and it swings and it bends until you make it your own
I can make alone
Are you ready to jump?
Get ready to jump
Don’t ever look back, oh baby
Yes, I’m ready to jump
Just take my hands
Get ready to jump
Are you ready to jump?
Get ready to jump
Don’t ever look back, oh baby
Yes, I’m ready to jump
Just take my hands
Get ready to, are you ready?
I jest jeszcze jeden – jak to mówi młodzież – zarąbisty kawałek, który z kolei gram sobie często na początku biegu. Future Lovers / I Feel Love otwierające koncert The Confessions Tour. Pierwsze kilkadziesiąt sekund to takie płynące w powietrzu elektroniczne fale, tętent końskich kopyt, Madonna mówi gdzieś z przestrzeni I’m gonna tell you about love, Let’s forget your life, Forget your problems, Administration, bills and loans, Come with me, potem słychać łomot bijącego serca, rytm pojawia się dopiero po dłuższej chwili, kiedy mam już w nogach pierwsze kilkaset metrów, a potem utwór zaczyna się na dobre, a ja już pędzę przed siebie. Słucham zawsze koncertowej wersji, bo studyjna pozbawiona jest tej drugiej – kluczowej dla całego wykonania – części, zapożyczonej od Jimmiego Sommerville’a z utworu I Feel Love. Genialny biegowy kawałek.
Madonna, Madonna. Może zabrzmi śmiesznie, ale podejrzewam, że gdyby nie ona, to zgniłabym z lenistwa. Biegowego oczywiście. Piotr się ze mnie natrząsa, że w moim samochodzie Madonna wygląda nawet ze schowka na rękawiczki, ale na pohybel wszystkim, którzy nie umieją dostrzec najmniejszych nawet, najdziwniejszych, najbardziej osobliwych inspiracji i wykorzystać ich ku własnej korzyści.
Nie wiem, czemu naszło mnie dzisiaj, aby o tym napisać. Miało być zupełnie o czymś innym. O tym, że prawie dziś nie wstałam, ale perspektywa zrobienia czterdziestego biegu poderwała mnie w końcu z łóżka niemal na równe nogi. O tym, że mgła – którą uwielbiam. O tym, że na Cmentarzu Wolskim widziałam dziś – jeszcze przed nadejściem świtu – morze migoczących światełek, które w cudowny sposób przetrwały wczorajszą wieczorną ulewę. O tym, że w niedzielę o piątej rano jest kompletnie pusto na ulicach i że nawet w pewnym momencie wyszłam sobie na sam środek Połczyńskiej, bo na horyzoncie nie było widać ani jednego samochodu. O tym, że w parku było pusto, i że zatrzymałam się, wyjęłam słuchawki z uszu i napawałam się samotnością, ciszą i mgłą, i było naprawdę magicznie, i nikt mi tego nie zabierze. O tym, że biegłam dzisiaj na tak niskim tętnie, że zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle mam jakiekolwiek, i okazało się, że jest tylko 146 uderzeń na minutę, co jest po prostu śmieszną wartością, taki masaż dla serca. I o tym, że od sierpnia przebiegłam prawie pięćset kilometrów!! Ale to wszystko margines.
Jadę jutro do Poznania. Służbowo. Po raz pierwszy od lat wsiądę do pociągu. Wracam również jutro. W ciągu najbliższych dwóch miesięcy trochę pojeżdzę i polatam po całej Polsce. Niosę kaganek oświaty.




1 comment
Comments feed for this article
październik 25, 2009 @ 10:23 pm
skryte
miłych podróży zatem