Już mi się trochę plączą liczebniki, myli się rachuba – gdybym nie notowała tych biegów codziennie, to pewnie bym się dawno pogubiła. Ale liczę, liczę bezustannie. I dokonuję aktów heroizmu o czwartej rano. Dziś niewiele brakowało a poległabym. O tej porze jest ciemno jak w nocy. Nic jeszcze nie jeździ, więc przez okno nie dochodzą odgłosy miasta. Wszystko śpi, a ja muszę wstać. Ratują mnie tylko te moje liczebniki, no i kształtujące się automatyzmy. Poza tym wiem, że najtrudniej jest podjąć decyzję i wyjść z łóżka. Jak już zejdę z sypialni na dół, wypiję miód i zacznę się szykować do wyjścia, to zaczynam o czymś myśleć i szybko zapominam o tym, czego właśnie sobie odmówiłam. A jak wychodzę w końcu z domu, to wyłączam mózg, a nogi same biegną. I to jest chyba najlepsza metoda – nie myśleć zbyt dużo o tym, że się nie chce.
Zresztą z tym niechceniem to już też jest trochę inaczej, bo nie chce mi się tylko o czwartej dwadzieścia. Korzyści są tak duże, że byłabym głupia, gdybym to teraz odpuściła. Schudłam trzy kilo, lepiej się czuję i lepiej mi się myśli w pracy – właściwie jestem w stanie pracować teraz przez osiem-dziewięć godzin bez żadnej przerwy – ja generalnie sobie przerw nie robię, tylko na kanapkę, jabłko i banana około wpół do drugiej, albo żeby pogadać z chłopakami – poza tym ciągle coś, mamy tyle do zrobienia, że szkoda mi każdych nieproduktywnych pięciu minut, a i tak się nie wyrabiam i czasami siedzę nad robotą wieczorami. No więc lepiej mi się myśli i pracuje. I też lepiej się czuję po powrocie z pracy do domu. Roznosi mnie energia, nie mogę usiedzieć spokojnie, ciągle jestem w ruchu. Prowadzi mnie to do wniosku, że może powinnam biegać codziennie?
Albowiem nabyłam ostatnio drogą kupna książeczkę, wydaną przez Fundację Maraton Warszawski, a zatytułowaną Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu. Jest to zbiór wywiadów ze znanymi osobami – biegaczami – z których każda w jakiś sposób związana jest z MW. Miło się to czyta, bo wspomniane są tu imprezy, które pamiętam również ja – na przykład słynny maraton w 2002 roku, jedenaście okrążeń dookoła Parku Saskiego, w ulewnym lodowatym deszczu – nie biegłam wówczas maratonu, ale pokonałam 21 km w rywalizacji Przyjaciół Maratonu Warszawskiego. W maratonie zadebiutowałam w 2003 roku (historię tego przedsięwzięcia można przeczytać w zakładce X-files). Anyway, jedną z osób, którą w tej książce przepytuje się na okoliczność wspomnień związanych z MW jest mój ulubiony redaktor z TVN, Tomasz Sianecki. Byłam dość zaskoczona dowiedziawszy się, że to zapalony biegacz i maratończyk. Ten wywiad zaczyna się tak:
- Zaczyna Pan naszą rozmowę od sięgnięcia po paczkę papierosów. Stres, ciężka praca, gonitwa za newsami dla Faktów w TVN i wieczorne Szkło Kontaktowe w TVN24, papierosy…
- Alkohol.
- Jak to się daje pogodzić z bieganiem? Z tym, że wstaje Pan codziennie o 6. rano, zakłada buty biegowe…
- Teraz o 5:45. Mam małego syna i muszę wrócić zanim on wstanie.
- Czytałem w jakimś kolorowym pisemku, że biega Pan codziennie, bo to świetnie dotlenia umysł. Padło tam nawet zdanie: chcecie być błyskotliwi, jak redaktor Sianecki, to biegajcie rano!
- Nie sądzę, żeby to działało na błyskotliwość. Ale na samopoczucie na pewno.
Potem jest kilka akapitów na temat tego, skąd redaktorowi Sianeckiemu wpadło do głowy, aby robić coś tak absurdalnego, jak bieganie maratonu. W końcu pan Tomasz mówi tak:
- [...] Od 1983 r. biegam mniej lub bardziej regularnie. A tak od 1993 r. to już bardzo regularnie: 320-330 razy w roku. Co prawda nie za dużo, bo zawsze około pięciu kilometrów.
Więc jednak jest to możliwe: biegać codziennie. Albo prawie codziennie. Od jakiegoś czasu obracam w głowie tę myśl. Może nie codziennie po dziesięć kilometrów, ale trochę mniej? Tylko się przewentylować, wypić tlenowego drinka na poranny rozruch. No kto wie – zobaczę, zastanowię się.
Dzisiaj oczywiście było 10 km. Czy coś się wydarzyło? Zniknął gdzieś Golfista. Dziewczyna z psem spaceruje, a Inżynier nieprzerwanie chodzi do pracy. Kobieta, która kieruje tramwajem nr 10 jadącym z centrum w kierunku Jelonek, mija mnie codziennie na wysokości kościoła Św. Wawrzyńca i pewnie biedna zastanawia się, czy nie cierpi na déjà vu. A poza tym to ciemność, drobinki wody w powietrzu, pusto, nieliczni przechodnie. Jak pada, to nie palą




2 comments
Comments feed for this article
październik 23, 2009 @ 7:33 am
pit68
Ja mam budzik różnie, czasem 6.15 a czasem 5.45 i jak mnie budzi ten wczesniejszy i nie chce mi sie wstac to sobie mysle, ze Ty juz zdążyłaś pobiec 10km, więc wstaje, biorę rower i jadę do roboty.
A w Niepodległości biegniesz? Bo duzo chetnych i czerwone koszulki sie pewnie bedą konczyć i zostaną tylko białe.
październik 23, 2009 @ 8:06 am
joycat
No zapisałam się już do Biegu – jakoś tuż po uruchomieniu zapisów, ale jeszcze nie odebrałam numeru startowego – z tego co piszesz domyślam się, że powinnam się z tym pośpieszyć?