Deszcz w nocy – deszcz nad ranem. Budzik zadzwonił o zwykłej porze; usiadłam na łóżku i przez co najmniej minutę zastanawiałam się czy wstać. Tylko sześć godzin snu za mną – może więc jestem niewyspana i da mi to jakieś alibi? Nie mogłam jednak tego rozstrzygnąć i zdobyć się na hańbiący akt tchórzostwa, wstałam więc w końcu: nie ma żadnych usprawiedliwień, gdy pada deszcz. Dziesięć kilometrów slalomem między kałużami, dywany mokrych liści na chodnikach. Moja przeciwdeszczowa kurtka zdała egzamin – od wewnętrznej strony była całkiem sucha.
Pod domem, już po rozciąganiu, otwieram drzwi do klatki, a tu sąsiadka wychodzi do pracy. Mieszkamy na tym samym piętrze: zwykle z mieszkania słyszę jej kroki na klatce właśnie w okolicach godziny szóstej, ale nigdy dotąd się nie spotykałyśmy: wracam do domu z biegania dosłownie minutę-dwie przed jej wyjściem. Tym razem nieoczekiwanie wpadłyśmy na siebie. Zrobiłam na niej piorunujące wrażenie: powiedziała, że jej samej przydałoby się coś takiego – znaczy się: bieganie – ale wówczas musiałaby wstawać chyba o trzeciej nad ranem. A ja na to, że wstaję o czwartej dwadzieścia. I co – nie boi się pani? Przecież jest jeszcze całkiem ciemno! Zaczęłam się śmiać, bo to takie stereotypy: jak ciemno, to od razu niebezpiecznie. Wszystkie te wyimaginowane niebezpieczeństwa siedzą w naszych głowach, a napotykanym ludziom przypisujemy nieprawdziwe cechy. Powiedziałam więc sąsiadce, że o tej porze to po pierwsze jest całkiem pusto, a jeżeli nawet kogoś spotykam, to są to osoby tak zaspane i zamyślone, że naprawdę ani im w głowie napadanie na samotną biegaczkę. Sąsiadka więc na to, że gratuluje i podziwia, i widać zresztą, że taką ma pani zgrabną sylwetkę. Ale mi się miło zrobiło z samego rana, podziękowałam ze śmiechem za kompletement i pożegnałyśmy się. Weszłam do domu w wyśmienitym humorze, a wstawałam przecież ponura jak noc listopadowa. Taki drobiazg - błaha rozmowa z sąsiadką!




No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu