Zdaje się, że to już dwa tygodnie, odkąd mnie tu nie ma. A deszcz pada i pada. Ale to nie z powodu deszczu. Po prostu za dużo zajęć. W domu ospa wietrzna, ja tonę w papierach, w pracy też się dzieje. Do urlopu pozostał mi tylko miesiąc, mam wrażenie, że do terminu wyjazdu będę musiała się doczołgać. No naprawdę – dość mocno zmęczona jestem. Ale to chyba żadna nowość w czerwcu? Muszę znowu dokonać zmian w moim życiu, jakoś o siebie zadbać, bo inaczej przedwcześnie się zestarzeję. Te zmęczone oczy w lustrze – żaden super-hiper krem nie pomoże.

Umarł Michael Jackson. Tego ranka, gdy TVN24 podało tę wiadomość, zakręciły mi się w oczach łzy. Dziwne, bo przeważnie się nie wzruszam, gdy umierają gwiazdorzy, osoby publiczne. Te łzy to nie dlatego, że kochałam Jacksona jakąś fanatyczną miłością – wręcz przeciwnie, nie podobały mi się jego płyty z lat 90-tych i nie mam ich w moim zbiorze muzyki; smutno mi się zrobiło, bo przypomniało mi się moje dzieciństwo. Plakat Michaela na ścianie mojego dawnego pokoju, płyty Off The Wall, Thriller, Bad, które znałam na pamięć; moonwalk, który bez powodzenia starałam się opanować. Wszystko to do mnie wróciło. A potem zaczęłam myśleć o Michaelu, jakie miał życie, jak się w tym wszystkim czuł, w tej przerażającej samotności Króla Popu – i zrobiło mi się jeszcze smutniej. To bardzo tragiczna postać. Myślę, że nie będziemy sobie zdawać z tego sprawy do momentu, aż ktoś napisze jego biografię, a potem nakręci o nim film. Wtedy będziemy mogli to zobaczyć i przeżyć.

To tyle na dziś, nie mam weny, jest późno. Jakieś straszne ilości stresujących spraw mam na głowie – bylebym tylko nie rozchorowała się na tę cholerną ospę. Bo przecież nie przechodziłam jej w dzieciństwie.