pelargonie_banner

Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni. Były okresy mżawki, kiedy wszyscy wkładali pontyfikalne szaty i przybierali wyraz twarzy rekonwalescentów, żeby uczcić koniec pory deszczowej, wkrótce jednak przyzwyczaili się interpretować te pauzy jako zapowiedzi wzmożonej ulewy. Niebo rozdzierały niszczycielskie burze, a z północy przychodziły huragany, zrywały dachy domów, rozwalały ściany i wyrwały z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach.

[...] deszcz niszczył i psuł wszystko, między trybami maszyn najbardziej jałowych wyrastały kwiatki, jeśli się ich nie oliwiło co trzy dni, rdzewiały nitki brokatów, a na zamoczonej do prania bieliźnie kiełkowały wodorosty. Atmosfera tak tchnęła wilgocią, że ryby mogłyby wpływać drzwiami i wypływać przez okna w napowietrznej żegludze po pokojach. [...] Trzeba było kopać kanały celem odwodnienia domu, oczyścić go z ropuch i ślimaków, tak żeby mogły wyschnąć podłogi i żeby można wyjąć cegły podstawione pod nogi łóżek i zacząć na nowo chodzić w butach.

Cien años de soledad, G.G. Marquez