Jest jak Latający Holender. Pojawia się znikąd i nie wiadomo dokąd jedzie. Jest biały, bez żadnych napisów reklamowych na karoserii, nie zdążyłam też dostrzec numerów rejestracyjnych. Autobus z Chińczykami.

Dwa tygodnie temu tkwię w korku na Połczyńskiej, czekam na zmianę świateł. Nudzi mi się, kręcę się w fotelu za kierownicą. Nagle – ojeja, a co to za dziwo? Autobus pełen Chińczyków. Stoi dwa pasy obok. Blaszane białe pudło, jak z innej epoki. No name. I – słowo daję – pełen Chińczyków. Jest ich tam ze trzydziestu, czterdziestu. Siedzą, stoją, opierają się o autobusowe poręcze, o drzwi. Nie rozmawiają ze sobą, żadnej interakcji. Wręcz słyszę tę ciszę panującą w autobusie. Ubrani na szaro, jakieś kurtki, koszule w kolorach ziemi. Młodzi, starsi, całkiem dojrzali. Czarne włosy w nieładzie, nieostrzyżeni wszyscy. Patrzą przed siebie, w bok, w nicość. Wtem – z daleka słychać  syrenę ambulansu. W bocznym lusterku widzę  ponad dachami  samochodów stojących za mną błyskającego na niebiesko koguta. Korek przed światłami zaczyna się ruchem robaczkowym rozstępować przed karetką, niby Morze Czerwone przez Izraelitami w ich drodze powrotnej z Egiptu. W autobusie tymczasem lekkie poruszenie, ale tylko lekkie – bez przeczucia sensacji. To tylko niewiele znaczący dźwiękowy bodziec dotarł do niektórych pasażerów białego autobusu i sprawił, że powoli, flegmatycznie odwrócili głowy, odwrócili oczy w kierunku skąd dochodzi wycie syreny. Przez moment mój wzrok spotyka się ze spojrzeniem jednego z nich. Chińczyk patrzy na mnie obojętnie, bez wyrazu, bez zainteresowania. Jesteśmy sobie całkiem obcy. Ani nam witać się, ani żegnać. Żyjemy na archipelagach. Karetka w końcu przejeżdża, morze samochodów zamyka się za nią jak fale przypływu, Chińczycy w białym autobusie zapadają z powrotem w swój azjatycki letarg.

Dzisiaj. Wracam z pracy. Autobus pojawia się tym razem trzy kilometry wcześniej, jeszcze na Kasprzaka. Widok jest tak niezwykły, że przekręcam głowę i zamiast patrzeć przed siebie, gapię się w bok, na autobus, który jedzie równolegle ze mną,  na prawym pasie. Oczu oderwać nie mogę. Ten sam biały dziwny autobus bez żadnych oznaczeń. W środku ci sami Chińczycy, trzydziestu albo czterdziestu. Ale we wnętrzu autobusu panuje czar – wszyscy Chińczycy śpią. Wszyscy. Co do jednego. Jakby ktoś we wnętrzu autobusu rozpylił środek usypiający. Jakby ich wszystkich spoił ktoś magicznym usypiającym napojem, albo jakby przekąsili na obiad zatrute jabłka macochy. Śpią porozkładani na twardych, obitych skajem autobusowych krzesłach, głowy pozwieszane na piersiach, oparte o szyby, przechylone do tyłu, oparte na ramionach współpasażerów. Wszystkie oczy zamknięte. Śpią głęboko.Wszyscy.

Jestem wręcz zszokowana. Brakuje mi tylko kostuchy w białym prześcieradle siedzącej za kierownicą tego widmowego autobusu. Nie wiem, co to wszystko ma znaczyć. Skąd oni są, dokąd jadą i czemu tacy uśpieni. Jak martwi.

Zrobiłam sobie dziś w internecie test na długość życia i wyszło mi, że będę żyła sto trzy lata, a umrę w swoje urodziny w 2076 roku. Przerażająca perspektywa. Będę wtedy malutką, żylastą staruszką, czerstwą jak zasuszony chlebek i zdrową jak koń, tylko niedowidzącą i niedosłyszącą. Gdy trzęsącą się dłonią podniosę do ust kieliszek życiodajnego koniaczku,  żeby wznieść toast za własne zdrowie nad tortem ze stu trzema świeczkami, nagle pojawi się Śmierć, zdmuchnie za mnie te świeczki i powie: No już chodź ze mną, dość się już nażyłaś.