Z samego rana potworna wtopa, gafa i wpadka w jednym, aż wstyd się do tego przyznać. Nie wiem, jak to możliwe, ale zapomniałam o Biegu Truskawki. Po prostu zapomniałam. I w sumie nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że w tym biegu miałam wystartować razem z Pitem – bo w tym biegu jest taka opcja, że można biec parami, tzn. para jest potem razem klasyfikowana. Pit – przyjmij proszę moje publiczne przeprosiny. Czerwienię się na samo wspomnienie dzisiejszego poranka – zawaliłam na całej linii. A stało się tak dlatego, że nie zapisałam tego biegu w żadnym kalendarzu, których ponoć mam aż cztery, czego Pit nie omieszkał mi wytknąć podczas rozmowy telefonicznej
A zatem prostuję: kalendarze mam tylko dwa. Jeden zwykły, “odręczny”, w którym bazgrolę terminy prywatne, a drugi – elektroniczny, w którym mam terminy i spotkania zawodowe, a także niektóre terminy prywatne. Tym razem jakimś dziwnym trafem stało się tak, że Bieg Truskawki nie znalazł się ani w jednym, ani w drugim kalendarzu. A czego nie ma w moim kalendarzu – to po prostu nie istnieje. Może w przyszłym roku uda mi się nie zawalić sprawy, przykleję sobie rimajndera na lodówce
Poza tym porannym incydentem, który wpędził mnie w ciężkie wyrzuty sumienia, to ta niedziela zapisze się jako kolejny “lekki” dzień, to znaczy taki, który przemknął niepostrzeżenie i który spędziłam pod hasłem “Nie zamierzam się nigdzie śpieszyć”. Pojechaliśmy na działkę. Po drodze zahaczyliśmy o naszą wieś, zajrzeć do domu, bo został tam zainstalowany ostatnio trap – przerzucony między naszą sypialnią a oknami ogrodu zimowego, i chciałam go obejrzeć. Nie wiem, jak to ze mną będzie: ilekroć tam jestem, to się cieszę, że tak fajnie, tak cicho, tyle miejsca i tak dalej, ale wyjeżdżam stamtąd, a od razu dopadają mnie myśli, że wcale nie chcę się wyprowadzać z miasta, że lubię tę tkankę miejską i lubię nawet tych pijaczków pod sklepem spożywczym, bo oni są swojscy, moi, oswojeni. A tam będę musiała na nowo oswajać wszystko, całe otoczenie: sąsiadów to pół biedy, bo wszyscy to Warszawiacy, emigranci z wielkich osiedli, ale oswajać będę musiała również panie sklepowe, a także – niestety – miejscowego proboszcza. Jadąc stamtąd na działkę wpadliśmy w tłum gości komunijnych wylewających się z kościoła. Dzieci z gromnicami w rękach, wszystkie na biało. Sam ten widok budzi we mnie silny sprzeciw, a co dopiero mówić o konieczności posłania Maksia do pierwszej komunii i organizowania całego tego przedsięwzięcia. Nie unikniemy tego, ponieważ plan jest taki, żeby Maks chodził do szkoły właśnie tam. Za tą decyzją stoi przeświadczenie o większym bezpieczeństwie dzieci w małych, kameralnych szkołach, w których mocno procentuje tzw. kapitał społeczny małych zwartych społeczności. Szkoła jest w dodatku stowarzyszona z jakimś miastem partnerskim w Norwegii, więc wszystko jest na wysoki połysk i mocno doinwestowane. Negatywną stroną decyzji o posłaniu Maksia do TEJ szkoły jest perspektywa nawiązania bliskiej współpracy z proboszczem: kościół od szkoły dzieli nie więcej jak dwieście metrów. Fikcją jest w tym naszym kraju świeckie szkolnictwo.
Anyway, cała ta nasza wyprowadzka wzbudza więc we mnie spore emocje, niekoniecznie pozytywne. Ale kładę to też na karb mojej niechęci do dużych życiowych zmian. Ileż to było korowodów zanim po ślubie przeprowadziłam się z Mokotowa na Bemowo – zdaje się, że już o tym kiedyś pisałam. No a teraz, ta przeprowadzka z miasta na wieś jawi mi się niemalże jak przeprowadzka na inny kontynent – tak jakbym nagle musiała się osiedlić na dzikich stepach Azji Środkowej.
Na działce: ledwo się umościliśmy, herbatka, winko autorstwa teścia, truskawkowa tarta teściowej, bezy, najnowszy numer Polityki i dziecko zajęte bez reszty talerzowaniem trawnika przy użyciu maszyn rolniczych najnowszej generacji – po prostu sam miód, a gruchnęło z nieba piorunami i sieknęło deszczem. Aniołowie w kręgle grali, szkoda tylko, że znowu w niedzielę. Cóż było robić: porzuciwszy płonne nadzieje, że się przejaśni, ewakuowaliśmy się w trybie pilnym z powrotem do miasta. Reszta dnia, jak to niedziela w Warszawie: obiad u teściów, drzemka pod kocykiem, podwieczorek. Wypoczęłam. Jest godzina 21 z minutami, a mi nie chce się spać, alleluja.




4 comments
Comments feed for this article
czerwiec 1, 2009 @ 1:38 pm
pit68
Nie gniewam się, a na przyszłość będę się wcześniej przypominał
Pobiegłem solo, ugotowałem się najpierw we wnętrzu megatruskawy a potem nasiąkłem w deszczu i gradzie, ale impreza świetna.
czerwiec 2, 2009 @ 9:38 pm
joycat
Czy to była ta sama megatruskawa co w zeszłym roku?
czerwiec 3, 2009 @ 11:40 am
pit68
Ta sama. Choć chyba w zeszłym roku ją związałem u dołu a teraz była swobodna i czasami biegłem podkasany:-)
czerwiec 3, 2009 @ 7:25 pm
joycat
To może jakieś zdjęcie podeślij