Kolano uleczone.  Czy sprawiła to magnetyczna opaska, czy też po prostu tydzień przerwy i odpoczynek dla przeciążonego stawu – w każdym razie jest znacznie lepiej. W czwartek wieczorem pojechałam do parku sprawdzić, przetestować, wypróbować: swoje lewe kolano oraz własną pamięć motoryczną. Z rolkami jest na szczęście tak jak z jazdą na rowerze: czego się człowiek raz nauczył, tego już raczej nie zapomina. Wskoczyłam na asfaltową ścieżkę i popędziłam przed siebie.

No – lato już chyba w pełni. Wieczór długi, ciepły, pachnący kwieciem drzew. W Parku Szymańskiego prawie tłok. Biegacze, psiarze, zakochani. Rolkarzy roje. Dla ścisłości: co najmniej dwudziestu. Totalny lans. Zwłaszcza panowie. Przodem, tyłem, zawijasy, przeplatanka – strasznie im zazdroszczę. Też chcę być bardzo seksi na tych moich rolkach i z obojętną miną udaję, jaka to ja jestem wyluzowana. Ale bezlitosna prawda zawsze w końcu wyjdzie na jaw: zdradza mnie sposób wchodzenia w zakręty, boczkiem, boczkiem, figura á la cyrkiel, no i zdarzające się wciąż co jakiś czas gibnięcia do tyłu, do przodu, na boki, którym towarzyszy rozpaczliwe młócenie rękami w powietrzu. Jeszcze z tą równowagą nie jest dobrze. Jak bardzo król jest nagi okazuje się w chwili, gdy pod nogi wpada mi jakiś dziewięcioletni piłkarz, któremu uciekła piłka: oczywiście nie przychodzi mi do głowy, aby po prostu zahamować, siłą inercji toczę się przed siebie próbując szybko podjąć decyzję, która zaskutkowałaby dowolnym ratunkowym manewrem. Niestety – myślę za wolno, ląduję więc w parterze, na czworaka, i w dodatku muszę uspokajać przerażonego piłkarza, który chyba myśli, że w odwecie zamierzam go zjeść.

Dodatkowo frustruję się tym cholernym garnkiem, który mam na głowie. Do przesady ostrożna, chronię swoją głowę przed konsekwencjami niekontrolowanych upadków. KASK, moje utrapienie. To jest kask rolkarski, do jazdy szybkiej, do złudzenia przypomina kask rowerowy. Wygląda tak:

kask

Wydaje się całkiem ładny. Gdy tak sobie leży na tylnym siedzeniu w moim samochodzie, to nawet fajnie wygląda. Czar jednak pryska, gdy go zakładam. Nienawidzę go. Wyglądam w nim jak  obcy z Marsjanie atakują. Albo jakby na samym czubku mojej głowy wylądował statek kosmiczny. Podobnie nie znoszę kasków rowerowych – ileż kłótni było o to, czy mam jeździć w kasku, czy bez kasku, Piotr zawsze się na mnie wydziera. W czwartek więc, kręcąc się na rolkach po parku, pośród wylansowanych, przepraszam – wylaszczonych rolkarzy z gołymi głowami, czułam się jak dziwoląg z nieforemnym bąblem wyrastającym z czubka mojej czaszki. Rzekłam więc: dosyć, dosyć, dosyć, nigdy więcej tego garnka, niech spocznie na wieki na dnie szafy.

Coś trzeba jednak na ten bezcenny kapitel ciała założyć. Na rolkach różnie bywa, nie chcę skończyć ze wstrząsem mózgu, czytałam nawet jakieś horrorystyczne historie o krwiakach śródczaszkowych. Po seansie wieczornego klikania po rozmaitych miejscach w sieci, postanowiłam kupić sobie takie oto gustowne nakrycie głowy firmy Bern, model Bern Berkeley:

bern_berkeley

Jeżeli w tym modelu będę wyglądała równie idiotycznie jak w kasku Rollerblade, będzie to oznaczało, że chyba nic mi już nie pomoże, i że nie istnieje na świecie taki kask, który byłby  twarzowy,  i będę musiała pogodzić się z faktem, że w Parku Szymańskiego wszyscy na mój widok krztuszą się ze śmiechu.

Aha. Jeszcze jedna kwestia sprzętowa. Nie wiem, jak to możliwe, ale w lewym nakolanniku wydarłam dziurę prawie na wylot :o