Dzień jak codzień, nawet nie jak niedziela. Wstałam – nieprzytomna, prysznic, zjadłam trzy kanapki, pojechałam, w samochodzie słuchałam Miki Urbaniak, ścigała się ze mną jakaś biała furgonetka, potem wróciłam, i nic, zero, dzień jak codzień. Niech ta niedziela się już skończy.

Skomplikowane relacje rodzinne, od których nie uwolnię się nawet w życiu pozagrobowym, o ile takowe istnieje. Może kiedyś w końcu o tym napiszę, bo ten ciężar to tylko moje tchórzostwo i wstyd. Ten wstyd – skądinąd zupełnie nieuzasadniony. Może jak o tym napiszę, to w końcu uwolnię się od niego całkowicie. Będę bezlitośnie wolna.

majowa woń bzów

beznamiętny poranek

w słońcu płonie nadzieja

Moim dwóm Joannom życzę płatków róż pod stopami, cierpliwości, wytrwałości, zimnej krwi. Często o Was myślę. Wszystkiego dobrego.