Mój mąż – nota bene świetny kierowca z syndromem Brudnego Harry’ego – twierdzi, że kobiety za kierownicą, włącznie z jego żoną, są nieuprzejme i złośliwe. Czasami prowadzę z nim na ten temat bardzo ożywione dyskusje dowodząc, że o zbiorowym charakterze kobiet nie można przesądzać na podstawie ich jednostkowych zachowań na drodze i że takie  – powiedzmy to sobie szczerze: szowinistyczne tezy są kompletnie bzdurne, zwłaszcza gdy nie podparte danymi empirycznymi. Ale w sumie co mi tam – upierać się nie będę: rzeczywiście jesteśmy nieuprzejme i złośliwe. Śmiem jednak przypuszczać, że nasza domniemana złośliwość jest przeważnie reakcją na – określę to eufemistycznie – brak dobrych manier mężczyzn-kierowców.

Górczewska, godzina ósma rano. Jak zwykle na tej trasie – korek. Stoję karnie na prawym pasie w kolejce do skrętu w prawo, w Prymasa Tysiąclecia. Ze środkowego pasa można jechać wyłącznie prosto. Już dojeżdżam do skrzyżowania, już jestem prawie na pasach, przede mną tylko dwa samochody, gdy nagle, ze  środkowego pasa objeżdża nas zgruchociały mercedes, skręca w prawo i od razu lokuje się na lewym pasie. Rdza mu wprawdzie zżera trójramienny znaczek, ale w końcu to mercedes, co nie? On w kolejce stać nie zamierza. Oczywiście ciśnienie skacze mi w ułamku sekundy. Mimo to skręcam grzecznie i z pełną dyscypliną kolejkowiczki na prawy pas, ale jak tylko dostrzegam przed sobą, na lewym pasie, tego Sprytnego-Pana-Bo-Mi-To-Wszystko-Wolno… to tracę zimną krew, wciskam pedał gazu do samej podłogi, wyprzedzam go i wjeżdżam mu przed maskę za pomocą jednego manewru: płynnego i błyskawicznego, acz lekko na granicy ryzyka. W lusterku wstecznym widzę przebogatą wiąchę, jaka leci w moją stronę. Po chwili mercedes wyskakuje z lewego pasa na prawy i już jedzie obok mnie, lusterko w lusterko.  Solówa babo??! A ja na to,  najbezczelniej, fiu fiu fiu, rączka oparta w oknie, druga na kierownicy, ciemne okulary, mam cię chamie gdzieś, możesz się zabulgotać na śmierć. O – okno nawet otworzył. Jednak po chwili stwierdza widocznie, że nie dam się sprowokować, odjeżdża z piskiem opon i tracę go z oczu.

Naprawdę nieładnie postąpiłam, zajeżdżając mu tak drogę – pewnie popsułam mu cały dzień. Biję się w piersi i odmawiam nowennę. Za kierownicą bywam wyjątkowo wrednym babsztylem.