Lubię takie szaleństwa. Gdy już wszystko wychodzi mi bokiem: nabrać prędkości i gnać przed siebie. Wieczorem więc na rolkach. Zrobiłam 15 km w godzinę i kwadrans. Dużo? mało? Raczej mało. Zawodnicy uprawiający wrotkarstwo szybkie przejeżdżają dystans maratonu w czasie około półtorej godziny. Ja przy moim tempie jechałabym trzy. Podobno w ciągu trzech godzin na rolkach można się zanudzić.

Dzisiaj się jednak nie nudziłam. Kółko za kółkiem, wolniej, szybciej. Potem trochę pokręciłam się na asfaltowym placyku, ćwicząc ciasne zakręty i próbując przekładanki. Coś-coś mi już świta jak to się robi, ale to dopiero zajawka dla moich nóg → które są tylko dwie, ale potrafią się poplątać niby u stonogi.

Już miałam kończyć i przemieścić się do samochodu. Myślę jednak: zjadę sobie jeszcze w dół, do stawu, tam poćwiczę ósemki. Jadę więc. Ciemno. Latarnie świecą, ale drzewa dają głęboki cień, uważam więc na wybrzuszenia podłoża i patyki leżące na asfalcie po wczorajszym deszczu. I nagle – pierwsze kółko prawej rolki o coś zahacza. Rolka staje dęba, a ja z pełnym impetem lecę do przodu. Lecę i lecę – cóż, ostatecznie jechałam z prędkością co najmniej 15 kilometrów na godzinę. W końcu łup!!!! na kolana i na wyprostowane w łokciach ręce. Tylko szurnęłam w tych moich ochraniaczach. One są miękkie niczym materace – chyba już o tym pisałam? Więc wstaję, otrzepuję się. Nic mi się nie stało, nic mnie nie boli. Patrzę na ochraniacze dłoni: głębokie rysy wyrzeźbione przez asfalt. Patrzę na ochraniacze kolan: starte niczym kostka parmezanu przed naszą copiątkową kolacją. Wyobrażam sobie, jakie bym miała teraz dziury w obu dłoniach i w obu kolanach, gdybym nie była zabezpieczona ochraniaczami. A coponiektórzy – właściwie większość – rolkarzy jeżdżących po Parku Szymańskiego lansuje się sauté. Nie mówiąc już o kaskach. Jestem jedyna, która jeździ w kasku.