Kolejna szajba. Albowiem życie jest jak pudełko czekoladek: nigdy nie wiesz, co ci się trafi. Otóż szłam sobie w niedzielę z moim dzieckiem alejką w pewnym parku na Woli, szłam sobie, zaabsorbowana pilotowaniem ruchliwego czterolatka na chwiejnym rowerku i ciągnięciem za sobą na długiej wstążce balona z wizerunkiem Spajdermena, gdy nagle, zupełnie nieoczekiwanie, tuż przede mną ktoś przemknął ze świstem i zawołał Cześć!! Zatrzymał się kilka metrów od nas i wtedy go poznałam: znajomy. Patrzę, a on na rolkach. Podał mi rękę opancerzoną w dziwną rękawiczkę, jak u robota, a potem jechał obok mnie przez parę minut; wymieniliśmy kilka zdań na tematy zawodowe.

Hm. Zafrapował mnie. Nie – nie ten znajomy, tylko to, że on na tych rolkach. Niby nic dziwnego, pełno rolkarzy jest dookoła, a jednak. Od razu przypomniało mi się spotkanie przed laty nad Wisłą (biegacz z pieskiem; kto nie wie, o co chodzi, niech zajrzy tutaj), które tak bardzo zaważyło na moim późniejszym życiu. Z tamtego spotkania i z późniejszych wydarzeń wniosek wypływał jeden: nie lekceważ przypadków i chwytaj je garściami, bo przeważnie niosą ze sobą coś dobrego. Idąc więc za głosem zaciekawionej intuicji, postanowiłam kupić sobie rolki i nauczyć się na nich jeździć. Natychmiast.

Dodam na marginesie, że dotychczas z rolkami miałam tylko tyle do czynienia, że kiedyś, dwunastoletnią panną będąc, jeździłam jak szatan na wrotkach. Wrotki były niemieckie, z butami – model niespotykany w owym czasie w siermiężnym PRL-u – i sprawiały mi dużo radości. Ale potem noga mi urosła, drugich takich wrotek nie dostałam, i przestałam jeździć. Przestałam nawet o tym myśleć. Jak się okazuje – do czasu.

Rolki przyjechały do mnie w środę. Z Poznania, z pewnego wrotkarskiego sklepu, prowadzonego przez Pierwszego Wrotkarza RP, którego poznałam w sieci dziewięć lat temu. Rolki przepięknościowe. Nie bez wysiłku wbiłam w nie swoje nożyny, opancerzyłam się od stóp do głów pocąc się przy tym obficie – przygotowania do jazdy na wrotkach wymagają wiele zachodu, te wszystkie ochraniacze, kask – i gibając się na wszystkie strony wyszłam na osiedle popróbować swoich sił na asfalcie. Towarzyszyli mi Piotr i Maksio. Maksio dopingował mnie słowami Mama, świetnie ci idzie, a Piotr chyba się mnie wstydził, bo schował się za ciemnymi okularami i udawał, że mnie nie zna.

Od mistrzostwa dzielą mnie oczywiście lata świetlne. Ale przyznać muszę, że wczoraj całkiem nieźle mi poszło. Nie zaliczyłam ani jednej gleby, byłam w stanie utrzymać się na nogach i nawet w miarę sprawnie jeździć, zakręcać i hamować. Równowaga jeszcze bardzo chwiejna, ale bez dramatycznych sytuacji. Było naprawdę świetnie, wróciłam do domu cała zadowolona. Jak to w życiu nie należy lekceważyć żadnych przypadków! Coś czuję, że znalazłam sobie, obok biegania, najulubieńszy sport.

W nocy śniły mi się rolki. To znak, że należy kuć żelazo póki gorące. Dzisiaj, po obrobieniu się z domowymi obowiązkami, pojechałam wieczorem do Parku Szymańskiego przy Elekcyjnej: sporo tam rolkarzy śmiga, jest gierkowski asfalt, ale w miarę dobrym stanie, więc miejsce wśród rolkarzy dość popularne. I dzisiaj – dzisiaj to dopiero były przygody!

Przede wszystkim, ośmielona wczorajszym sukcesem, jechałam na miejsce niesłychanie pewna siebie. Cóż to dla mnie: rolki. Ze wszystkim sobie przecież poradzę. Ale. Przebierając się w samochodzie, najpierw pomyliłam ochraniacze na łokcie z nakolannikami, wszystko mi się poplątało i mocowałam się z nimi przez dziesięć minut. Potem, gdy w końcu wygramoliłam się na rolkach z samochodu i stanęłam chwiejnie trzymając się dachu auta, okazało się, że… po prostu się boję. No nie, tego uczucia zupełnie się nie spodziewałam! Co zrobić ze strachem??

Byłam taka spięta, że pierwsze kroki były dość paralityczne. Nogi wyginały mi się na wszystkie strony, młóciłam rękami powietrze. Dżizas, zabiję się chyba. Ledwo z kostki bauma wyszłam na równy asfalt, a okazało się, że stoję na lekkim spadku i że… jadę!!! Coraz szybciej! Mały atak paniki, szybko więc kurs na trawnik: zatrzymałam się w trawie obok kosza na śmieci. Właśnie śmignęły obok mnie jakieś zgrabne rolkarki, więc ja, fiu, fiu, fiu, jak gdyby nigdy nic, nos postanowiłam wydmuchać, tak dla niepoznaki, żeby nie zorientowały się, co za łamaga obok tego kosza na śmieci stoi. W końcu odważyłam się wyjść na ścieżkę i zrobić parę kroków. Jakoś poszło, złapałam rytm. Fajnie. Co jakiś czas gibnięcie do tyłu, ale łapałam równowagę i posuwałam się w miarę sprawnie do przodu.

Zrobiłam jedno kółko, potem drugie, w końcu spoglądam, a tam przy tej zarośniętej sadzawce jest taki placyk, a na tym placyku rolkarze kręcą ósemki, śmigają aż miło. Postanowiłam do nich podjechać, zagadać. Sęk w tym, że oni byli niżej, a droga do placyku nad sadzawką prowadziła po spadku. No to ja kolana zgięte, odwłok nisko, postawa Małysza na zeskoku i dawaj w dół. Ech, te rolki są naprawdę niezłe i strasznie szybko jeżdżą, więc błyskawicznie zaczęłam nabierać prędkości, na co zupełnie nie byłam przygotowana psychicznie. Perspektywa wbicia się z pełnym impetem w grupę rolkarzy wcale mi się nie spodobała, więc ratuj się kto może. Zatrzymałam się pod żywopłotem, siedząc na asfalcie w jakiejś dziwnej pozie, jedna noga do przodu, druga gdzieś z tyłu została. No – pierwsza gleba, straciłam dziewictwo. Bilans: dziura w dżinsach i zadrapany palec, poza tym bez szwanku. Ochraniacz na nadgarstek zdumiał mnie swoją konstrukcją: oczywiście podparłam się na ręku upadając, ale jedyne co poczułam, to lądowanie dłonią na miękkim materacu. Niezwykłe.

Do rolkarzy nad sadzawką nie dotarłam. Co tu dużo mówić: stchórzyłam. Miałam jeszcze jedno podejście: wylądowałam na trawniku, prawie roztrzaskując się o drzewo. Chyba jeszcze nie jestem gotowa na downhill ;-) Ale rozprawię się z tą górką niebawem.

Potem było już tylko lepiej. Rozgrzałam się. Jeździłam sobie w miarę szybko, starając się pracować równo nogami, poćwiczyłam hamowanie. Dookoła sporo rolkarzy, większość z nich pięknie, stylowo śmigała. Ja też tak będę jeździć za kilka tygodni. Trochę się tylko boję tych upadków. Wiem, że są nieuniknione i nawet nie należy się przed nimi bronić, bo ciało się wówczas usztywnia i jest bardziej podatne na kontuzję. Ale trochę się niepokoję o kręgosłup – żeby mi coś z niego nie wyskoczyło, jakiś dysk, albo krążek. Takie to liche ta moja konstrukcja.

Tak więc, drżyjcie narody – szalona wrotkarka nadciąga!