
Niedziela wstała w nastroju całkowicie odmiennym od wczorajszego nastroju jej bliźniaczki – soboty. Zimna i rześka, ale za to cała w kolorach lśniących w ostrym słońcu. Rano było naprawdę chłodno, ale taka temperatura jest do biegania najlepsza. Zerwałam się z łóżka o 6:45 i w podskokach pomknęłam na Łosiowe.
Ostatnio wynalazłam nowy sposób na uprzyjemnianie sobie samotnej godziny spędzonej na bieganiu. Audiobooki. Wynalazek nienowy, jakoś do tej pory jednak nie miałam nań nigdy ochoty, może dlatego, że za żadne skarby świata nie oddałabym papierowego egzemplarza książki za jej wersję w plikach mp3: nic nie może się równać z szelestem papieru, dotykiem chropawej kartki, pięknem wykroju czcionek i urodą okładek. Ale jak się nie ma co się lubi (czasu na czytanie), to trzeba łączyć przyjemne z pożytecznym.
Kupiłam sobie kilka książek w Audiotece. Na pierwszy ogień poszła Ziemia obiecana Reymonta. Książka znana i lubiana, a jej filmową adaptację Andrzeja Wajdy uważam za arcydzieło polskiego filmu. Na pierwszych kilometrach mojego dzisiejszego biegu przyszło mi wysłuchać opisu erotycznego zbliżenia między Borowieckim a Lucy – słynna filmowa scena w powozie w wykonaniu nieodżałowanej Kaliny Jędrusik i Olbrychskiego. To dość smakowity fragment, aczkolwiek jak na dzisiejsze standardy – raczej wywołuje uśmiech, niż rumieniec. W każdym razie słuchanie książki w trakcie biegu zdało egzamin: dość skutecznie odseparowałam się od własnych myśli, a dziesięć kilometrów minęło jak z bicza strzelił.
Na Łosiowych, mimo wczesnej pory sporo ludzi: rowerzystów, spacerowiczów z psami, nordic-walkerów, biegaczy. Przy bagienku spotkałam grupę straszliwych przystojniaków (to chyba byli ci sami, których mijałam podczas biegania w Wielką Sobotę). Przystojniaki medytowały siedząc na deskach pomostu w pozycji lotosu, zwrócone w kierunku słońca – widok dość niesamowity, już już sięgałam po aparat, ale się powstrzymałam: trochę mi było głupio robić im zdjęcia – a potem wstały jak jeden mąż: sportowcy jak nic, klaty umięśnione i opięte ciasnymi czarnymi koszulkami. Ech. Cóż dodać. Zawsze miło zawiesić oko.
Na zdjęciu stadion WAT dzisiaj o godzinie 8:35. Błękit nieba ostro lśni. Lubię jak niebo ma taki kolor – ładny kontrast z pomarańczową nawierzchnią bieżni.




No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu