W teatrze życia codziennego

Mało mam w ostatnich dniach tematów do pisania. Życie wpadło ponownie w utarte koleiny, co jednak nie oznacza wcale nudy. W pracy sytuacja ustabilizowana, pożar ugaszony, mimo to ciągle ten i ów przychodzi do mnie, zapodaje temat i liczy, że zrobię z nim COŚ. A ja ten temat parkuję albo w moim czarnym kapowniku, albo na flipcharcie, albo w jednej z moich ulubionych tabelek z kwestiami, o których nie wolno zapomnieć i które trzeba prędzej czy później rozwiązać. Stare przysłowie pszczół mówi: im dalej w las, tym więcej drzew. Zabawne, jak powierzchowny obraz sytuacji mamy wchodząc w nową organizację i jak ten obraz ulega całkowitemu przekształceniu po upływie zaledwie miesiąca. Niekoniecznie na gorsze – tak bym tego nie określiła, zaczyna się po prostu dostrzegać detale, które przedtem umykały twojej percepcji. Gdy zaczynasz świadomie rejestrować powiązania między faktami i skomplikowane, wielostronne relacje między ludźmi, pewne sprawy nabierają nowego wymiaru.

Zabawne jest również obserwować powstawanie własnego nowego wizerunku. Wchodząc do nowej organizacji, jesteś jak tabula rasa, zapisana wyłącznie danymi ze swojego CV oraz tym, co na rozmowie rekrutacyjnej powiedziałeś swojemu przyszłemu szefowi. Nikt cię nie zna – co za nieograniczone możliwości! Można wszystko ustawiać od początku, pod warunkiem, że stąpa się ostrożnie po kruchym lodzie, jakim jest sieć formalnych i nieformalnych powiązań między ludźmi, a także ich jawne i ukryte ambicje, motywacje, pragnienia. Typowy teatr życia codziennego, jak u Ervinga Goffmana: im prędzej pozwolą ci zajrzeć w kulisy, im prędzej przestaniesz być tylko widzem, tym lepiej dla ciebie, nawet gdyby to przejście ze sceny za kurtynę miało się wiązać z utratą początkowych złudzeń. Dołączasz więc do teatralnej trupy, przybierasz jedną z obsadzanych w przedstawieniu ról i starasz się wytworzyć w widzach określone wrażenie. Nigdy wcześniej nie miałam tak silnego poczucia, że mogę świadomie wpływać na własną pozycję w grupie. Nie ciągnie się za mną żadna opinia, ani dobra, ani zła. Nie ma żadnych plotek na temat tego, jak wyglądało moje życie prywatne kiedyś, a jak wygląda teraz. Owszem, jakieś plotki są – wyraźnie to czuję, umiem to odczytać z zachowania ludzi, z którymi się stykam – ale mają one chyba dość pozytywny wydźwięk. A królowa odnosi się do mnie nad wyraz uprzejmie.

Weekend był wyjątkowy, wyspałam się i zrelaksowałam. W piątek, po pogrzebie, z przeszłości w przyszłość: spotkanie na budowie z architektem wnętrz. Człowiek w naszym wieku, wyznawca minimalizmu. Myślę, że wspólnie stworzymy coś sensownego. Sobotnie południe spędziliśmy mocząc się w basenie, na naszej ulubionej podwarszawskiej pływalni. Maks jest taki fajny w tym  swoim niebieskim czepku i w pomarańczowych rękawkach pływackich, że mam ochotę go zjeść. Zjeżdżali z Piotrem po kilkanaście razy z po krętej zjeżdżalni, piszcząc i śmiejąc się wniebogłosy, a plastikowa rura tylko niosła echo. Wieczorem dziecko sprzedane dziadkom, a my – z okazji Walentynek – w tango, czyli do kina na Drogę do szczęścia (Revolutionary Road, reż. Sam Mendes), w rolach głównych Kate Winslet i Leonardo Di Caprio. Film rewelacyjny, a pani Winslet mam nadzieję, że za tę rolę dostanie w końcu Oskara. W niedzielę z kolei kino z Maksiem, sala pełna dzieciaków na popołudniowym seansie, a oglądany był Piorun. W filmie o bohaterskim psie najlepsza była jednak kotka Marlena, dubbingowana w absolutnie mistrzowski sposób przez Sonię Bohosiewicz (przyznam ze wstydem, że nie mam pojęcia kto to jest, kotka Marlenka w jej wykonaniu stała się jednak moją idolką). Film polecam również dorosłym, animacja 3D jest niesamowita.

A poza tym od czwartku jeżdżę nowym samochodem, który jest tak superancki, że aby przedłużyć przyjemność z jazdy, zaczęłam jeździć wolniej. Przypomina mi się mój przyjaciel Shahram z czasów londyńskich, który gdy przesiadł się z forda scorpio do starego, ale eleganckiego i dobrze utrzymanego mercedesa, to zaczął jeździć po Londynie z prędkością 40 km/h, bo tak było przyjemniej.

Comments

  1. pit68 says:

    Ech chyba cały wirtualny świat zamarł w osłupieniu i zgrozie, że ktoś może nie znać Soni;-)

  2. joycat says:

    No ja nie znam :-) A Ty znasz? :-)

  3. pit68 says:

    Słabo, tyle tylko by wiedzieć, że się tym różnisz od większości :)
    Przy okazji ostrzegam, że umieściłem wezwanie do drużyny SBBP i jak zostanę zmuszony to Cię wcielę choćby wbrew Twej woli;-)

  4. joycat says:

    Wciel mnie, wciel. Moja motywacja do biegania osiąga w tych dniach wartość zera absolutnego, już nie mam pojęcia co mogłoby mnie skłonić do wyjścia z domu w tę wstrętną pogodę, chyba tylko perspektywa kompromitującej porażki na trasie półmaratonu. Jak nie kijem go, to pałką.

  5. Anonim says:

    joycat, z przykrością muszę przyznać, że u mnie ostatnio też ciężko z treningami… wczoraj po stoczonej walce z samą sobą, wyruszyłam w trasę, i owszem, i nawet cudownie lekko mi się biegało, za to dzisiaj ból kostki przy próbie wstania z łóżka powalił mnie na ziemię :-(

  6. iwi says:

    ech, ten Anonim to ja, za szybko kliknęłam ;-)

  7. joycat says:

    Iwi, a może Ty też dasz się wcielić do drużyny SBBP? Chyba że podczas półmaratonu reprezentować będziesz firmowy E.. Running Team (tzw. ERT)?

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.