Wczoraj wieczorem oficjalne pożegnanie. Wigilia na ponad sto osób, cały departament oraz zaproszeni menedżerowie, ludzie, z którymi na codzień współpracowałam, moi mentorzy. Dzień był bardzo trudny: w oczekiwaniu na moment, kiedy powiem im wszystkim do widzenia, siedziałam w swoim pokoju i coś mnie zżerało, nie wiem co, nawet nie nerwy, tylko jakieś nieokreślone przygnębienie, jakiś żal. Padał deszcz. Ale potem, już w restauracji, wszystko ze mnie zeszło, opadło, byłam spokojna, całkowicie wytłumiłam wszystkie ekstremalne emocje sprzed kilku godzin. Tylko nie mogłam nic przełknąć, prawie nic nie zjadłam, piłam wodę na przemian z białym winem.

Kulminacja imprezy nastąpiła, gdy zaprosiłam wszystkich na lampkę szampana. Mikrofon, przygotowana mowa pożegnalna. Chyba nieźle wypadło, chociaż stres miałam duży. Łzy, śmiech, wspaniałe prezenty, uściski, buziaki. Nigdy w życiu nie usłyszałam tylu ciepłych słów, tylu komplementów, w życiu od nikogo nie dostałam takiego wzmocnienia. To było naprawdę niesamowite. I bezcenne. Łowiłam te słowa i gromadziłam je w głowie i w sercu. Pamięć o nich przyda mi się już niebawem. Jedna z najbliższych koleżanek powiedziała mi, że takie pożegnanie w świetle jupiterów też ma swoją wartość. Dla mnie na pewno będzie to jedno z najważniejszych, najcenniejszych wspomnień w życiu.

Dziękuję Wam wszystkim.