widok_z_lodowca_banner

Kaprun. W zasadzie równie dobrze mogłam zostać w Warszawie. Alpy – owszem – zrobiły na mnie ogromne wrażenie: swym groźnym majestatem, pięknem, bezkresną przestrzenią, zwłaszcza, gdy patrzyłam na nie z lodowca Kitzsteinhorn, skąd rozpościera się fantastyczna panorama na południe i na zachód alpejskiego regionu. Pierwszy raz w życiu byłam na wysokości 3000 m n.p.m i oczywiście dostałam zadyszki w rozrzedzonym powietrzu. Wszystko to było bardzo niezwykłe i ciekawe.

Natomiast element integracyjny wypadł raczej blado. Nie porozmawiałam z tymi, z którymi miałam porozmawiać; ci, którzy nigdy mnie nie zawiedli, tym razem zawiedli, nie czułam żadnej towarzyskiej weny i żadnej więzi, tak jakbym stała gdzieś z boku i patrzyła na wszystko z punktu widzenia postronnego obserwatora. Jedyne, na co miałam ochotę, to wyglądać przez dowolnie wybrane okno, chłodzić głowę alpejskim powietrzem i nie wynurzać się na powierzchnię własnych myśli. Bardzo dziwny stan. Częściowo kładę to jednak na karb przeziębienia: dopadł mnie jakiś przedszkolny wirus, wyjątkowo jadowity, i w rezultacie przez cały wyjazd smarkałam, kaszlałam i łamało mnie w kościach. Nie uczestniczyłam też w żadnych popijawach (o czym śpieszę zapewnić wszystkich zatroskanych moją trzeźwością) i chodziłam grzecznie spać o 23. w towarzystwie niezwykle relaksującej lektury, jaką jest Doktryna szoku Naomi Klein (nie ma to jak krytyka neoliberalizmu do poduszki).

Mimo wszystko jest pewna korzyść z tego wyjazdu, a mianowicie taka, że powzięłam postanowienie, aby nauczyć się jeździć na nartach. Nie wiem, czy uda mi się to w sezonie 2008/2009, ale w kolejnym roku na pewno.

na_lodowcu_banner

alpy_2_banner

autoportret_alpy_banner