W niedzielę wieczorem skończyłam Łaskawe i z ulgą zamknęłam ponadtysiącstronicowe tomiszcze. Piszę o tym dopiero dzisiaj, ponieważ dopiero wczoraj – we wtorek rano, w samochodzie, gdy odstawiłam Maksia do przedszkola i jechałam do pracy, w pięknym słońcu i pierwszym mroźnym powietrzu tej zimy, co przywiodło mi na myśl okrutne rosyjskie mrozy dziesiątkujące niemieckich żołnierzy na froncie wschodnim – refleksje o Łaskawych zaczęły układać się w mojej głowie w jakiś spójny obraz. Dopiero teraz zaczynają się klarować interpretacyjne wątki, chociaż na pewno nie zdołałam wyłowić wszystkich. Na każdą literaturę patrzy się przez pryzmat własnych doświadczeń, własnych zainteresowań i własnej wiedzy. Z całą pewnością inaczej odbieram Łaskawe niż na przykład pan Leopold Unger z Wyborczej, który Auego nazywa katem. Czy ja mogłabym z pełnym przekonaniem powiedzieć, że Aue to kat? To pytanie ciągnęło się za mną przez tysiąc stron tej powieści. Odmienność doświadczeń powoduje różnice w percepcji i w ocenach. I cały czas nie wiem, czy ta powieść w ogóle mi się podobała! Być może jest tak, że ze względu na jej ciężkostrawny temat trudno tu mówić o podobaniu się, czyli o stosunku emocjonalnym nacechowanym pozytywnie, ale faktem jest, że Łaskawe wciągają. Podejrzewam, że na tej samej zasadzie, na jakiej kusi nas dyskretny urok wszystkiego co złe i zakazane.
Łaskawe to dokonana ex-post, powojenna spowiedź Maximiliana Aue, Niemca z domieszką francuskiej krwi, doktora prawa konstytucyjnego, który w wieku dwudziestu kilku lat, tuż przed wybuchem II wojny światowej, wstępuje do SD (Sicherheitdienst), Służby Bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy, czyli wywiadu politycznego partii nazistowskiej; była to formacja blisko współpracująca z SS. Spowiedź dokonywana jest już w czasach grubo powojennych, narracja prowadzona w pierwszej osobie. Tenże Aue, wielbiciel nauk humanistycznych, świetnie wykształcony na niemieckich uniwersytetach, wchodzi na scenę w momencie, gdy 22 czerwca 1941 roku dochodzi do kolizji dwóch totalitarnych reżimów i Hitler rozpoczyna ofensywę na froncie wschodnim. Tysiąc stron powieści to pięć i pół roku wojny widzianej oczami Auego, Obersturmbannführera ulokowanego w samym sercu hitlerowskiej machiny biurokratycznej, ideowca, zdeklarowanego narodowego socjalisty, znawcy filozofii, dobrej literatury i wielbiciela francuskiej muzyki barokowej.
Do opisu tej powieści używa się sformułowania pornografia zbrodni. Jest to o tyle uprawnione, że Littell rzeczywiście nie oszczędza czytelnika serwując mu szczegółowe, bardzo plastyczne i pełne olfaktorycznych sugestii opisy wojennych okropności wszelkiego rodzaju, co uderza szczególnie w drugim rozdziale, kiedy nie zdążyliśmy się jeszcze przyzwyczaić do upiornej specyfiki zadań Einsatzgruppen na Ukrainie, a Littell wali w nas jak w bęben, strona po stronie. To co najbardziej wstrząsa na pierwszych dwustu stronach książki, to zderzenie chłodnego toku narracji, bardzo precyzyjnego i uporządkowanego, prowadzonego tak jak się opowiada o minionym dniu (poszedłem, zrobiłem, ujrzałem, powiedziałem, poczułem…) z tym, czego Aue jest świadkiem, i w czym – mimowolnie? wbrew własnej woli? a przecież jest oficerem SD – uczestniczy. Natomiast ta pornografia zbrodni czemuś jednak służy. Aue stoi bowiem w centrum wydarzeń, jest współodpowiedzialny – poprzez milczące współuczestnictwo – za programy eksterminacyjne realizowane przez SS: czy bylibyśmy w stanie zrozumieć potworność sytuacji, okrucieństwo pułapki, w jakiej znalazł się Aue, gdybyśmy nie prześledzili, godzina po godzinie, masakry w Babim Jarze pod Kijowem?
Bardziej uzasadnione wydaje mi się zastosowanie samego słowa pornografia, chociaż poczynię tu zastrzeżenie, że osobiście tego słowa w opisie Łaskawych bym nie użyła. Kazirodztwo, homoseksualizm, perwersyjne autoerotyczne praktyki, jakim poddaje się Aue w stanach bliskich obłędowi, a nawet koprofagia: to wszystko już było i w literaturze, i w sztukach wizualnych, Littell nie przekracza tutaj chyba żadnych taboos.
Dla mnie osobiście najbardziej interesująca i pouczająca była ta warstwa powieści, która zbiega się z moimi przemyśleniami po lekturze Europa walczy. Nie takie łatwe zwycięstwo Normana Daviesa. Straszne jest, gdy dochodzi się do wniosku, że wielka nauka humanistyczna, Wielka Historia, którą tak kocham i która wyprawiała mnie zawsze w najwspanialsze podróże w przeszłość, że ta Historia jest, excusez-moi, sprzedajną dziwką na usługach polityki. I Littell to elegancko demaskuje, zadając proste pytanie: czy osąd nad zbrodniami hitlerowców byłby równie surowy, gdyby to Trzecia Rzesza wygrała wojnę? W czym jest lepszy totalitaryzm w wydaniu Stalina, od totalitaryzmu Hitlera, że przemilcza się miliony ofiar terroru sowieckiego z lat trzydziestych XX wieku, a hitlerowcom po wojnie urządza się Norymbergę? O to samo pyta Davies i zarzuca rządom alianckim grzech hipokryzji o ciężarze nieznanym dotąd w dziejach świata, a historykom – przemilczanie faktów. Prawda: racja jest zawsze po stronie zwycięzców, przegrani mają jednak prawo do goryczy. Czytając Łaskawe nie sposób uciec od takich refleksji, nawet jeżeli ma się wyrobione zdanie na temat hitlerowskich zbrodni i odpowiedzialności Niemiec za II wojnę światową.
Kto wie, czy doktor Aue, ze swoimi kontrowersyjnymi poglądami, podanymi z nienaganną dyscypliną intelektualną humanisty, ze swoimi frustracjami i rozgoryczeniem, ze swoimi przewlekłymi biegunkami i wymiotami, które wydają się być fizjologiczną emanacją grzechu uczestnictwa w ludobójstwie, czy nie jest przypadkiem ucieleśnieniem zbiorowego niemieckiego wyrzutu sumienia, ale także poczucia krzywdy wyrządzonej przez jednostronny osąd. Dla holocaustu nie ma usprawiedliwienia, ale mierzmy wszystkich jedną miarą - domaga się Aue. Popełniliśmy potworności, ale przynajmniej nas wysłuchajcie. Może zrozumiecie wówczas, jak to się stało, że naród taki jak Niemcy, o tysiącletniej chrześcijańskiej tradycji, naród uczonych, artystów, przedsiębiorców, uległ zbiorowej hipnozie, pomroczności jasnej, i poszedł dobrowolnie na samozatracenie.
Łaskawe to też refleksja o najbardziej mrocznej stronie ludzkiej natury. W warunkach wojny każdy z nas, jeżeli wystarczająco długo zostanie poddany ekstremalnemu stresowi i trudnej do zniesienia presji, stać się może bezlitosnym mordercą. Aue, który początkowo brzydzi się broni, w ostatnich dniach wojny nie ma już żadnych skrupułów i – myśląc o własnym przetrwaniu w warunkach oblężonego Berlina – eliminuje wszystkich, którzy stają na drodze jego ucieczki. Ta diagnoza też nie jest żadnym novum, żadnym littellowskim odkryciem, bo mówą o tym mechanizmie i psychologia (efekt Lucyfera u Zimbardo) i socjologia. Ale chyba nigdy wcześniej nie zostało to zobrazowane tak wyraziście i z wyłączeniem wszelkiej taryfy ulgowej.
I jeszcze kwestia tytułu. Łaskawe (Eumenidy), to jedno z określeń na Erynie, greckie boginie zemsty. Łaskawe pojawiają się dopiero w ostatnim zdaniu powieści, jako zapowiedź nieuchronnego bezlitosnego odwetu.
P.S. A zdjęcie jest pod tytułem Nudzi mi się, gdy stoję w korku; zrobione aparatem w telefonie.



Gratuluję świetnej recenzji i przebrnięcia przez “łaskawe” strony. Byłam kiedyś na panelu dyskusyjnym na temat tej książki w Teatrze Narodowym – i rozgorzała tam twórcza kłótnia – bo ktoś twierdził, że to arcydzieło, a ktoś inny, że jest to totalna porażka i zbiór wszystkich możliwych do poełnienia błędów literackich. I ta książka jest chyba mieszaniną jednego i drugiego, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe, ale jednak.
Bardzo dziękuję.
Na temat ewentualnych błedów literackich Littela nie zabiorę głosu, bo się na tym nie znam; chociaż rzeczywiście miałam czasami wrażenie, że narracja zwalnia tempo i pewne wątki są nieproporcjonalnie rozbudowywane. Do sposobu opowiadania Littella trzeba się przyzwyczaić, bo np. dialogi – których jest tu całkiem sporo – nie są wyodrębnione z tekstu, tylko zaznaczone cudzysłowami w obrębie akapitów, które z kolei Littell stosuje w minimalnym stopniu, więc czyta się przez dziesiątki stron zwarty tekst, ale taki zabieg też jest już znany i dość często stosowany we współczesnej literaturze.
Mam natomiast jedno zastrzeżenie odnośnie fabuły. Otóż jest pewien wątek, który nie znajduje rozwiązania; i nie wiem, czy Littell popełnił niedopatrzenie gmatwając się w opisie ostatnich tygodni Rzeszy, kiedy bohaterom wszystko leci na głowę, a grunt spod nóg się usuwa, czy też to było celowe – ale nie dopatruję się w tym żadnego sensu. Nie wiem. Ciekawym zdradzę, że chodzi o sekret pochodzenia bliźniaków. Może ktoś wpadnie na jakiś trop.