Jutro XX Bieg Niepodległości. Edycja jubileuszowa. Odebrałam rano w siedzibie WOSiR na ul. Rozbrat pakiet startowy: bawełniana koszulka, szara, dość brzydka i jako że z bawełny – nie spełniająca żadnych standardów, jakie powinno trzymać ubranie do biegania; nadaje się wyłącznie na koszulę nocną; numer startowy – na zdjęciu powyżej, worek na ubranie z numerem, ulotka oraz cztery agrafki.
Przy okazji zrobiłam sobie krótkie powtórzenie z historii moich startów w Biegu Niepodległości. Po raz pierwszy zetknęłam się z tą imprezą w roku 2001: to był rok, kiedy zaczęłam biegać. Biegać zaczęłam w lipcu, a bieg był oczywiście w listopadzie; o ile pamiętam, to wówczas nie czułam się jeszcze na siłach, aby startować w imprezie na takim dystansie, BN był wtedy rozgrywany na trasie o długości 11 km (Plac Zamkowy – Trakt Królewski – Pałac w Wilanowie), więc obserwowałam imprezę z pozycji kibica i fotoreportera. Tłum biegaczy zrobił na mnie jednak ogromne wrażenie: wiedziałam już, że za rok i ja pobiegnę.
I tak się też stało. XIV Bieg Niepodległości w 2002 roku to był mój debiut w tej imprezie. Ukończyłam ją z wynikiem 01:11:02 – jak widać nie byłam (i nadal nie jestem) demonem prędkości, ale nie o to w tej zabawie chodzi: liczy się udział. Na pamiątkę tego biegu zostało mi zdjęcie, zrobione na skrzyżowaniu Wilanowskiej z Powsińską, kilkaset metrów przed metą.
Rok później, w 2003, biegliśmy już razem jako SBBP. To były czasy największej jego świetności. Na trasie towarzyszył mi Pit (który teraz jest w Etiopii) dzierżący wysoko w dłoni biało-czerwoną flagę. Czas miałam o prawie dziesięć minut lepszy niż rok wcześniej: 01:02:11. To już było całkiem niezłe tempo: 5:38 min/km. Na zdjęciu biegnę razem z Pitem i z Pawłem. Przedostatni zakręt przed metą.
Start w Biegu Niepodległości w 2004 stał dla mnie pod znakiem pierwszych tygodni ciąży. Miałam się niby oszczędzać – rodzice i teściowie włosy z głów rwali – ale i tak pobiegłam całkiem żwawo, w tempie 05:53 min/km, a mój wynik na mecie był tylko nieznacznie gorszy od rezultatu z poprzedniego roku: 01:04:49. Nie mogę znaleźć w komputerze zdjęć z tamtego biegu, choć jestem pewna, że były robione, bo moi rodzice mają oprawioną w ramkę fotkę, na której jesteśmy razem z Piotrem, jeszcze przed startem na Placu Zamkowym. Ahaa… w tej chwili, pisząc te słowa, przypomniałam sobie, dlaczego nie mam zdjęć cyfrowych z tej imprezy: otóż Piotr biegł wówczas razem ze mną, a obsługę fotograficzną zapewniał mój tata, dysponujący aparatem analogowym. Zagadka wyjaśniona.
W 2005 roku w Biegu Niepodległości nie uczestniczyłam. Byłam pięć miesięcy po porodzie i miałam na głowie zupełnie inne sprawy; nawet chyba nie pojechaliśmy na trasę, aby kibicować. Zmobilizowałam się jednak w kolejnym roku i w 2006 pobiegłam praktycznie z marszu, bez większych przygotowań. Bieg miał już wówczas skróconą trasę, startowaliśmy z Nowego Światu, linia startu usytuowana była na wysokości Ordynackiej, i biegliśmy – tradycyjnie – do Wilanowa. Pamiętam, że nie nastawiałam się na żaden wynik, biegłam sobie własnym oszczędnym tempem, i nagle, na skrzyżowaniu Sobieskiego z Sikorskiego, dogoniła mnie grupa prowadzona przez pace-makera na czas 00:59:59, czyli poniżej godziny. Połknęli mnie, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy chce mi się męczyć i lecieć z nimi, czy też odpuszczę. Mama zawsze mówiła, że jestem strasznym zakapiorem: ja miałabym odpuścić? ja??? No i pobiegłam razem z nimi, po czym po dwóch kilometrach przyspieszyłam i poleciałam do przodu. Nie mam pojęcia – nigdy potem nie potrafię tego wyjaśnić – skąd miałam rezerwy i jakim cudem, bez treningu, poradziłam sobie z ponad półtorakilometrowym finiszem. Fakt jest jednak taki, że wpadłam na metę z zaskakującym wynikiem 00:58:26, oczywiście ziejąc potwornie, z językiem na brodzie i ledwo widząc na oczy ze zmęczenia. Z tego biegu pochodzi zdjęcie we wpisie Good day.
No a jutro, jutro znowu biegnę bez przygotowania, z marszu. Z marszu w bieg. Trochę pewnie poumieram na trasie, nie przewiduję jednak większych problemów, o ile nie przesadzę z tempem na pierwszych kilometrach i nie dam się porwać zbiorowej euforii kilku tysięcy zgromadzonych na starcie biegaczy. Pogoda ma być wymarzona: 12 stopni, słońce. Zastanawiam się: biec w krótkich czy w długich spodenkach? Gdyby przez przypadek któryś z czytelników tego bloga był na trasie biegu, to proszę o gorący doping. Mój numer startowy: 3340







1 comment
Comments feed for this article
listopad 11, 2008 @ 12:42 am
skryte
trzymam kciuki i mocno dopinguję!