Jerozolima. Wąska handlowa uliczka w arabskiej dzielnicy. Sklepik obok sklepiku, a w nich mnogość najprzeróżniejszych pamiątek. Ceramika, biżuteria, chusty, chustki, arafatki, całe stroje, instrumenty muzyczne, metalowe breloki, proporczyki z napisem Israel, t-shirty, czapki bejsbolówki. Wszystko, czego dusza turysty zapragnie. Moja dusza zapragnęła bransoletki. Czegoś specjalnego, co stylistyką nawiązywać będzie do orientalnego wzornictwa typowego dla rękodzieła Bliskiego Wschodu.
Sklepik za sklepikiem. Piotr, nieco znudzony, cały czas pół kroku za mną. Nie widzę nic dla siebie. Jestem koszmarnym kupującym. Nigdy nic mi się nie podoba. Wybrzydzam i grymaszę całymi godzinami, zanim w końcu – w ostatnim sklepie na ostatniej półce – znajdę coś, co mi się podoba. Piotr, o ile towarzyszy mi w takim maratonie, zwykle jest już wówczas na skraju wyczerpania.
Tym razem nie zdążam doprowadzić mojego męża do krańcowej rozpaczy, gdyż w drzwiach jednego ze sklepików przechwytuje nas – niby żaba wystrzeliwująca swój lepki język w kierunku przelatującej muchy – arabski przekupień. Być może właściciel sklepu. Ani się spostrzegam, a już prowadzi nas do środka, już pokazuje rękami na półki, już zachwala i zachęca, kalecząc nieco angielski o koszmarnym twardym akcencie. Jesteśmy chyba w pułapce.
- What you wanna buy? Take your time, have a look. I have many beautiful things. Today special prices!
Patrzę po półkach – malowana na błękitno armeńska ceramika. W gablotkach biżuteria wszelkiego sortu: naszyjniki, pierścionki, kolczyki, klipsy, łańcuszki. Są i bransoletki. Takie, śmakie i owakie. Na jednej z nich mój wzrok zawisa na ułamek sekundy i to wystarczy, aby bystry Arab już otwierał gablotkę. Już wyjmuje bransoletkę, już prezentacja.
- Have a look, what a beautiful bracelet. Pure silver and malachit stones. I have another one, please have a look (wyjmuje kolejną bransoletkę, bliźniaczą, tylko kamienie błękitne). It is so lovely. Do you like it?
- No, thank you, I’m looking for something different - odpowiadam próbując wymanewrować się z niezręcznej sytuacji. W Europie taka odzywka zwykle wystarcza, aby sprzedawca się odczepił.
- But have a look!! It is PURE silver! You wanna see?? Wanna see?? Have a look! – Arab podtyka mi bransoletkę pod nos i już już zapina mi ją na nadgarstku. Patrzę więc. Srebro, malachit. Bransoletka jest złożona z misternie ukształtowanych srebrnych walcowatych koralików, między nimi zielone kamyki. Ujdzie, nie jest najgorsza, tego typu bransoletki lubię najbardziej, ale też nie jest to biżuteryjny ósmy cud świata.
Arab ewidentnie czyta mi w myślach. Pięć sekund, jakie poświęciłam na przypatrzenie się kawałkowi biżuterii, jest dla niego wyraźnim sygnałem, że jednak warto mnie trochę pomęczyć.
- How much is it? – pyta rzeczowo Piotr.
- Five hundred fifty shekel.
- Pięćset pięćdziesiąt szekli?? Chyba go pogięło! - śmieję się ubawiona.
- Oh no, that’s too much, it’s too expensive - przejmuje pałeczkę mój mąż.
- Okay, okay. How much is it worth for you? – Arab nie składa broni, postanawia negocjować.
- Two hundred…? - na odczepnego mówi Piotr. Ten zaproponowany przez niego zjazd z ceny jest jak na mój gust dość drastyczny, ale to w końcu on ma doświadczenie w targowaniu się z Arabami, więc nie zgłaszam votum separatum. Tymczasem sprzedawca wybucha śmiechem i klepie Piotra po ramieniu.
- Oh no, no, no! My friend! It is pure silver! Five hundred – licytuje.
- Piotr, to nie ma sensu, to jest za drogie, idziemy. Thank you, thank you very much, that’s too expensive – odwracam się od gablotki i Araba, i robię krok w kierunku drzwi, ale on łapie mnie za rękę.
- Okay, okay, lady. Have a look. I have many different bracelets. Have a look. Pure silver but stones are fake, it is no real malachit – podtyka mi pod nos dwie inne bransoletki, tak samo skonstruowane, posiadają jednak, o ile dobrze rozumiem mojego Araba, sztuczne kamienie.
- No, no, no. I don’t wanna fake stones, I like only real ones. I don’t like it, thank you very much – półobrót w kierunku drzwi, ale Arab nie ustępuje. Znowu chwyta bransoletkę z malachitami.
- Okay, okay, lady. Let’s talk seriously about price. Four hundred fifty?
- Piotr, dajmy temu spokój. Ta bransoletka nie podoba mi się aż tak bardzo, żeby wydawać tyle forsy - bardzo bym już chciała przerwać tę sytuację i wyjść ze sklepiku na ulicę. Arab jednak nie ustępuje i po raz kolejny obniża cenę.
- Four hundred?
- Oh no no no, sorry, I cannot accept this price, this bracelet is still too expensive. Thank you very much. Bye bye!
- Lady, wait, wait!! Three hundred fifty…?
Mijają kolejne minuty. Arab zachwala bransoletkę, ja przewracam oczami, oglądam sufit i kompletnie nie mam pojęcia, jak się wykaraskać z tej sytuacji. Piotr chyba podobnie. Powtarzamy jak dwie katarynki, że too expensive i że thank you, ale sprzedawca nie odpuszcza. To jest dopiero negocjowanie! Ja jednak przejawiam zero elastyczności: nie podoba mi się myśl, że mam wydać na tę w sumie dość przeciętną bransoletkę jakąkolwiek ilość szekli, nie wspominając już o trzystu!
W końcu mówię do Piotra “Dosyć!”, odwracam się i wychodzę. Piotr za mną. Od gablotki z biżuterią do drzwi sklepiku jest nie więcej jak pięć kroków. Ledwo przestępuję próg i stawiam stopę na kamiennym bruku uliczki, a za moimi plecami wszczyna się jakieś zamieszanie. Odwracam się i oczom nie wierzę! Arab ciągnie Piotra za rękę z powrotem do wnętrza sklepiku, wkłada Piotrowi bransoletkę w dłoń i mówi zrezygnowany:
- Okay, okay, it’s yours. Two hundred shekel.
- Piotr, ale ja nie chcę tej bransoletki!
- Słuchaj, ale teraz nie możemy się już wycofać. Powiedzieliśmy dwieście i on zszedł z ceny do dwustu. Trzeba kupić, inaczej okażemy mu brak szacunku.
To dwieście nadal jest jednak dla mnie ceną dość mocno przegiętą. Okazuje się, że również dla Piotra. Bransoletka warta jest może z pięćdziesiąt szekli, więc Arab tak czy siak zarabia na nas trzy razy tyle. Ale cóż. Słowo się rzekło. Niech będzie dwieście. Piotr wyjmuje banknoty z portfela. Arab pakuje bransoletkę do papierowej torebeczki pomrukując, że bransoletka jest piękna i że very very. Na sam koniec, odprowadzani zaciekawionymi spojrzeniami innych klientów, których to całe zamieszanie chyba zwabiło do arabskiego sklepiku, wychodzimy na uliczkę, żegnani przez Araba, który gnie się w ukłonach niby scyzoryk. Jestem cokolwiek skonsternowana. Zupełnie niechcący stałam się właścicielką srebrnej bransoletki z malachitami. Której wcale nie chciałam i która kosztowała jakieś koszmarne pieniądze. Dopiero wiele godzin później, wieczorem, obejrzałam ją sobie dokładniej i stwierdziłam, że będzie to miła i całkiem ładna pamiątka z Jerozolimy.
Na zdjęciach: powyżej główki manekinów z arabskiej uliczki w Jerozolimie. Poniżej: to zdjęcie jest dla mnie dość niesamowite, zrobił je Piotr w zeszłym roku w Jerozolimie. Ten Arab, złapany w obiektyw niczym duch, jest jak cały Bliski Wschód: spokój, oczekiwanie, mądrość, zaduma. Jest wspaniały. Na samym dole uliczka na Starym Mieście w Jerozolimie. Arabska.







2 comments
Comments feed for this article
październik 4, 2008 @ 3:54 am
woyteck
Tak naprawde to chyba kupilas wspomnienie .
Bransoletka jak wezelek , bedzie Ci je przywolywac .
październik 6, 2008 @ 9:35 pm
joycat
Dosyć drogie było to wspomnienie
Ale co mi tam – anegdota jest bezcenna!