Wszystko co dobre, niestety zbyt szybko się kończy. Wczoraj przed południem wylądowaliśmy w Warszawie – Piotr po dwóch tygodniach pobytu w Izraelu, ja po niespełna tygodniu. Te kilka dni było wypełnionych wrażeniami po brzegi. Przed wyjazdem wydawało mi się, że podczas pobytu w Tel Avivie znajdę czas na codzienne uzupełnianie bloga, ale gdzież tam! Wieczorne spacery po plaży, kolacje w restauracjach, wyśmienite izraelskie wina okazały się zbyt kuszące i zdecydowanie zwyciężyły nad moją reporterską pasją. Opóźnienie w spisywaniu przeżytych wrażeń nada mojej ex-post relacji, jak sądzę, wymiar bardziej obiektywny i pozbawiony bezkrytycznych ochów i achów, jakie łatwo popełnić, gdy opowiada się o czymś prawie na bieżąco. Tak więc wymyśliłam sobie, że przez kilka kolejnych dni – już po powrocie – po kawałku opowiem o tym, co wydaje mi się warte opowiedzenia, nie ubierając tej relacji w ramy czasowe, tylko raczej w ramy tematyczne.

Zacznijmy więc od samego początku. O moich perypetiach na lotnisku i przesłuchaniu prowadzonym przez Security Officera napisałam już w komentarzach do wpisu No to lecę. Ale to było tylko preludium. Pierwsze zetknięcie ze specyfiką tego wszystkiego, co kryje się pod nazwą “Izrael” nastąpiło już w samolocie. Okazało się bowiem, że tym samym rejsem leci grupa izraelskiej młodzieży, wracająca z wycieczki po Polsce. Skąd konkretnie wracali, co robili w Polsce, kim są, skąd pochodzą – tego się nie dowiedziałam ze względu na moją kompletną nieznajomość ich szwargotliwego w brzmieniu języka. Obserwowałam ich jednak z dużym zainteresowaniem jako ciekawe okazy współczesnej młodzieży, typowych przedstawicieli generacji, która – niestety! – jest mi już całkiem obca ze swoim sposobem bycia, oryginalnymi obyczajami i dziwną rozmamłaną modą. A więc: pełen luz, chóralne śpiewy do kamery video, a także walczyk á capella odtańczony tuż przed wejściem do gate’a. W ubiorach pełna nonszalancja, nosząca nawet pewne znamiona niechlujstwa. Natomiast twarze bez wyjątku przykuwające uwagę harmonijnymi rysami, w których widać ten specyficzny dla tego regionu Bliskiego Wschodu koktail genów słowiańskich, semickich i arabskich. Dziewczyny po prostu piękne - używam tego przymiotnika z pełną odpowiedzialnością. Chłopcy – jeszcze trochę nieopierzeni i pryszczaci, ale po tym, co zobaczyłam później na plażach Tel Avivu jestem pewna, że wyrosną z nich szczupli, śniadzi i piekielnie przystojni Izraelczycy. Naprawdę sam miód.

W samolocie. Siedzę już sobie na moim miejscu, przy oknie – tak jak lubię, obok mnie dwie, na oko 17-letnie panny. Z tejże izraelskiej wycieczki. Gdy już jesteśmy wszyscy umoszczeni i przypięci pasami, jedna z nich – ta w środku – nagle zaczyna pochlipywać i głośno pociągać nosem. Patrzę na nią z ukosa, starając się nie być nachalną, bo może mi się przesłyszało, może dziecko ma katar. Ale nie. Widzę zaczerwienione oczęta, czerwony nosek. Wszystko w chmurze czarnych loków. Dziewczę szlocha, coś szwargocze do swojej towarzyszki po prawej stronie. Koleżanka ją obejmuje, całuje w główkę, pociesza. Samolot zwiększa obroty, kołuje powoli na pozycję startową. Szloch narasta. Dziewczęta prowadzą szeptany dialog: jedna się skarży, druga tonuje. Kadłub samolotu zaczyna mocniej wibrować, w końcu boeing rusza i rozpędza się. Dziewczę zawodzi. O kurcze – myślę - zostawia w Polsce ukochanego, jak nic wakacyjna miłość. Samolot odrywa się od ziemi, łzy już lecą ciurkiem, w ruch idzie chusteczka. Ta z prawej obejmuje szlochającą ramionami, dziewczę ryczy na całego w obfity dekolt koleżanki. W końcu, gdzieś hen nad Warszawą, gdy już zakręcamy na południowy-wschód, szloch powoli cichnie. Po chwili śladu po nim nie ma, tylko trochę rozmazany tusz pod oczami. Piotr stwierdził, gdy mu o tym opowiedziałam, że był to klasyczny objaw strachu przed lataniem.

Rejs mija mi na lekturze książki (tej, którą – zamiast perfum – kupiłam sobie w strefie wolnocłowej, a jest to mianowicie Normana Daviesa Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo). Izraelska młodzież opanowuje samolot, kłębi się w przejściu, chichocze, pisze pamiętniki, robi sobie zdjęcia, totalnie uniemożliwia pracę stewardessom. Moje dwie panny kokoszą się w swoich fotelach w sposób niemożliwy, przybierają fakirskie pozy, rozbierają się, ubierają, dezodorują się pod pachami, ja wciśnięta w ściankę próbuję uniknąć kuksańców i spokojnie czytać. Gdy po trzech godzinach lotu w dole ukazuje się Izrael, a samolot wyraźnie obniża pułap, młodzież zaczyna śpiewać. Nic nie rozumiem, domyślam się jednak, że w ten sposób witają się z ojczyzną. Bardzo to piękne i wszyscy pasażerowie, jak jeden mąż, siedzą z sympatycznie wyszczerzonymi zębami, a ja nawet odkładam Daviesa – w takich okolicznościach nie sposób się skupić. Śpiew narasta, gdy nadlatujemy od strony morza nad Tel Aviv: rozpoznaję plaże i ciąg nadmorskich hoteli. Miasto ciągnie się aż po zamglony horyzont, widok jest fantastyczny. Gdy samolot siada miękko na płycie lotniska im. Bena Guriona, młodzież klaszcze jak oszalała, wszyscy się śmieją. Uff, jestem w Izraelu. Szalom!

A potem na lotnisku do taksówki. Podróż z lotniska położonego poza granicami miasta do hotelu trwa pół godziny. Tel Aviv pojawia się w krajobrazie niemalże znikąd, jak fatamorgana na płaskiej, rdzawej pustyni. Z daleka widać centrum: wyspa drapaczy chmur, stal i szkło odbijające promienie słoneczne. Do miasta wjeżdżamy przez skomplikowaną sieć autostrad, wiaduktów, skrzyżowań. Mój śniadolicy taksówkarz w białej jarmułce angielskim włada słabo (Are you New York? New York?), ale widząc, że wyciągam moje aparaty fotograficzne, czuje się w obowiązku, aby objaśniać mi nazwy miejsc, które mijamy.

W końcu dojeżdżamy do hotelu Sheraton Moriah. Patrzę, a przy podjeździe stoi czarny jak Murzyn mój mąż we własnej osobie. Kompletnie bez sensu wykrzykuję do taksówkarza radosne My husband! i wyskakuję z auta rzucając się Piotrowi na szyję.

Reszta dnia mija mi na bezkrytycznym chłonięciu krajobrazów, kolorów i zapachów. Wszystko jest inne. Niebo, dźwięki, ludzie. Tysiąc wrażeń. Idziemy na długi spacer po mieście kierując się do restauracji Moses, w której według Piotra podają najlepsze hamburgery na świecie.

Tel Aviv mnie oszałamia: nie swoim dynamizmem czy nowoczesnością – dzielnica, przez którą idziemy, jest stara i dość spokojna, to jest tak zwane Białe Miasto, wpisane na listę zabytków UNESCO. Tel Aviv oszałamia mnie przez sam fakt, że istnieje. Że wyrasta z pustyni, z nadmorskich plaż. Że zbudowano go praktycznie od zera. Że znaleźli tu swój dom ludzie, których nie chciano w innych częściach Europy, świata. No i że ci ludzie przetrwali – wbrew wszystkiemu. Idziemy reprezentacyjnym, cienistym bulwarem Rothschilda, rozmawiając głośno. Na ławkach pod drzewami siedzą eleganckie staruszki, zadbane, starannie ubrane. Patrzą na nas w milczeniu. Zastanawiam się, czy pamiętają jeszcze język polski? Tutaj w Tel Avivie pewnie co drugi Żyd ma polskie korzenie. Właściwie można się poczuć jak u siebie.

Pierwszy dzień w Tel Avivie kończę totalnym zawrotem głowy: od przeżytych wrażeń i od alkoholu. Wypite u Mojżesza izraelskie czerwone wino było extraordynaryjnie pyszne, a Guinness w nadmorskim pubie The Mike’s Place – gęsty i zawiesisty jak śmietana. Dzwonimy do domu: Maks nie tęskni i generalnie ma rodziców w nosie :-)