Mój urlop szczęśliwie zmierza ku końcowi. Szczęśliwie, bo prawdę mówiąc nie mogę się już doczekać powrotu do Warszawy i do kieratu mego codziennego. Tęsknię za moim łóżkiem, za moją łazienką, świeżymi ręcznikami i za pralką. Tęsknię za myjnią samochodową. Tęsknię za dużą lodówką. Tęsknię za codzienną dyscypliną i pobudkami przed szóstą rano – tutaj tak się rozbestwiliśmy, że chodzimy spać po północy, a wstajemy wpół do dziewiątej, zgroza.

Tęsknotę za Warszawą odczuwa nawet Maksio, który codziennie pyta, czy już jedziemy do Warsiawy. Wracamy do domu w sobotę, a jeżeli w piątek będzie lało (takie są prognozy) – to może w piątek.

W skrócie wydarzenia ostatnich trzech dni.

Poniedziałek – plaża. Wspaniała pogoda, morze spokojne, nasz kawałek plaży prawie pusty. Jest idyllicznie. Piotr zrobił mi Portret z gałęzią. I z krzywym horyzontem :-)

Wtorek – poranek zapowiada lekkie załamanie pogody, postanawiamy więc jechać samochodem do Gdyni, tam w wodolot i na Hel (na Hel próbowaliśmy się dostać w zeszłym tygodniu, jednak okazało się to niemożliwe drogą lądową i utknęliśmy we Władysławowie; nie przypuszczałam, że w drodze na półwysep mogą być tak koszmarne korki). Upragniony Hel okazuje się miejscem nieprawdopodobnie zatłoczonym – natychmiast mija mi ochota na odwiedziny w fokarium i na włóczenie się po tej skądinąd uroczej miejscowości. Doznaję ciężkiego szoku. Ostatni raz na Helu byliśmy z Piotrem w roku 2000; wówczas Hel był już dość chętnie uczęszczanym, aczkolwiek wciąż nieco sennym portem, gdzie swobodnie można się było przemieszczać po głównym deptaku. Wczoraj, gdy tylko wysiedliśmy z wodolotu, ogarnął nas zwarty, nieprzenikniony tłum. Na nabrzeżu niezliczone smażalniane budy, ogródki piwne i rybne oraz wszechobecny zapach frytek i oleju. Po drodze stragany z najstraszliwszą tandetą, wśród której pierwsze miejsce przyznaję poduszkom z szumem morza. Na czym ten szum morza w poduszce ma polegać – nie mam bladego pojęcia, został on jednak wyceniony dość wysoko, bo aż na 25 złotych. Przedzierając się przez tłum docieramy w końcu do Maszoperii – celu naszej podróży. Kto nie był – polecam. Osiem lat temu jedliśmy tam solę ze szpinakiem zapiekaną w mozarelli i ta potrawa nadal figuruje w menu. Jest naprawdę warta grzechu: w naszych wspomnieniach Hel łączy się nierozerwalnie z solą przyrządzaną w Maszoperii. Z Helu uciekamy rączym wodolotem prawie natychmiast po obiedzie w Maszoperii; w czasie podróży z Gdyni do Jantaru śpię w samochodzie, śmiertelnie zmęczona tłumem.

Czwartek, czyli dzisiaj. Dzień zaczyna się ulewnym deszczem, ale około południa pogoda robi się jak drut. Plażujemy więc do późnego popołudnia. Maks pławi się w morzu jak ryba, robimy sobie zdjęcia, bawimy się w berka. Dobrze mi. Na obiad wygania nas dopiero wielka chmura burzowa (na pierwszym zdjęciu).

Tymczasem dobija się do mnie świat z zewnątrz. Mam już w głowie listę spraw do załatwienia w ciągu pierwszych dni po powrocie do domu. Ważna rzecz czeka mnie w najbliższy wtorek – aż boję się o tym myśleć.