Rok 490 p.n.e. Trwa wojna grecko-perska. Armia perska dowodzona przez Dariusza ląduje pod miejscowością Maraton, zagrażając bezpośrednio Atenom.
“[...] Ateńczycy, mimo iż w głosowaniu opowiedzieli się za aktywną polityką Militiadesa, wciąż wzdragali się na myśl o tym, że mieliby sami stanąć i stawić czoła budzącym grozę najeźdźcom. Ledwie armia demokracji, kierując się pod Maraton, zniknęła z pola widzenia, pewien człowiek opuścił miasto, udając się w przeciwnym kierunku, na południe, na Peloponez. Był to niejaki Filippides, słynny atleta, najwybitniejszy w mieście biegacz, człowiek o niebywałej wytrzymałości i szybkości. Przebywając oszałamiającą odległość ponad 225 km w ciągu zaledwie dwóch dni, drugiego wieczoru swego biegu zszedł z dzikich wzgórz na północy Lacedemonu do doliny Eurotasu. Gdy słońce skryło się za szczytami Tajgetu, Filippides dotarł do luźnego skupiska nieufortyfikowanych koszar i świątyń – Sparty.
Scena, którą tam zobaczył, nie mogłaby wyraziściej kontrastować z tym, co zostawił w Atenach. Cały Lacedemon świętował. Gdy przybył Filippides, właśnie trwał w najlepsze jeden z najświętszych spartańskich festiwali, Karneja; w całym mieście młodzi ludzie odpoczywali po dniu spędzonym na brutalnych zawodach, starsi zaś ucztowali w namiotach rozbitych na podobieństwo obozu wojskowego. Ta parodia typowego dla Spartan stylu walki bynajmniej nie zapowiadała gotowości wyruszenia na wojnę - wręcz przeciwnie, Karneja była czasem pokoju. Naruszenie tego świętego okresu zawieszenia broni w ogóle nie wchodziło w grę – poinformowali z żalem Filippidesa Spartanie. Dopiero kiedy na sierpniowym niebie pojawi się księżyc w pełni, będą mogli wyruszyć pod Maraton. A miało to nastąpić dopiero za tydzień. Łącznie z czasem przemarszu Ateńczycy nie mogli oczekiwać przybycia Spartan wcześniej niż za 10 dni. [...]
Jednak mimo iż 10 dni musiało się niepocieszonemu biegaczowi wydać nieskończenie długim czasem, ze swej misji nie miał wrócić z zupełnie pustymi rękami. Kiedy biegł z powrotem do Aten, na wzgórzach za Tegeą zawołała go po imieniu jakać postać o nogach kozła, z dwoma rogami i ogromnym fallusem. Może była to halucynacja wywołana zmęczeniem, rozpaczą lub upałem, lecz sam Filippides nie miał najmniejszych wątpliwości, że przemówił do niego bóg. [...] Bóg miał dla niego tylko słowa zachęty; zapewnił biegacza o swojej życzliwości wobec Ateńczyków i obiecał, że wkrótce okaże się dla nich bardzo użyteczny. Pan nie wdawał się w szczegóły; ponieważ jednak, jak samo imię wskazuje, był bogiem paniki, a jego pojawienie się na polu bitwy mogło w jednej armii wzbudzić przerażenie, w innej zaś poryw odwagi, jego słowa Filippides musiał uznać za nadzwyczaj istotne.
Tym bardziej, że kiedy w końcu dotarł do domu, zastał nie dymiące zgliszcza, czego się obawiał, lecz miasto w nastroju oczekiwania. Wieści z frontu wydawały się obiecujące: ateńscy hoplici maszerowali pod Maraton w takim tempie, że zdążyli obsadzić obie drogi do Aten i umocnić swoje pozycje, zanim wróg opuścił równinę. [...]“
W końcu dochodzi do bitwy, jednej z najsłynniejszych w dziejach świata. Wczesnym rankiem Ateńczycy formują zakutą w brąz falangę i ruszają do ataku na linię Persów.
“Później opowiadano niezwykłe historie o tym ataku. Mówiono, że Ateńczycy przebiegli około dwóch kilometrów, zupełnie jakby ludzie, którzy odważyli się pierwszy raz zaatakować Persów, mieli w sobie coś nadludzkiego. W rzeczywistości człowiek dźwigający pełne oporządzenie hoplity, ponad 30 kilogramów brązu, drewna i skóry, nie mógłby przebiec takiego dystansu i mieć jeszcze siłę skutecznie walczyć.”
Dalej następuje bitwa. Apokaliptyczne starcie dwóch kultur, dwóch cywilizacji. Ateńczycy ścierają Persów w proch, dokonują straszliwej rzezi. Cześć armii perskiej pozostaje jednak na okrętach wojennych znajdujących się w Zatoce Maratońskiej. Niektóre z tych okrętów wiozą kawalerię perską. Drogi do Aten są wprawdzie obsadzone przez hoplitów, ale droga morska do miasta pozostaje niestrzeżona.
“Kiedy zmęczeni hoplici mijali ciała unoszące się w płytkich przybrzeżnych wodach, spoglądając przez równinę w stronę swego miasta, mogli dostrzec na zboczach Pentelikonu błyski jakiejś wypolerowanej powierzchni, celowo ustawionej pod takim kątem, by odbijała promienie porannego słońca. Najwyraźniej był to wcześniej ustalony sygnał, i to sygnał, który mógł być przeznaczony tylko dla perskiej floty znajdującej się gdzieś na morzu. Nie sposób było dokładnie poznać jego znaczenie, ale każdy Ateńczyk domyślił się natychmiast, że chodzi o zdradę.
Wśród żołnierzy zapanowała konsternacja. Ich rodziny i domy, 42 kilometry stąd, były pozbawione wszelkiej obrony. Wyczerpani, spoceni, zalani krwią, nie mieli innego wyjścia, jak tylko natychmiast wracać do Aten, ile mieli sił w nogach*. Pole bitwy opuścili, nim doszła godzina 10; późnym popołudniem, wykazując zdumiewającą wytrzymałość, dotarli do miasta**. I w samą porę – gdyż chwilę później pierwsze okręty perskiej floty pojawiły się przy Faleronie. Przez kilka godzin stały nieruchomo przed wejściem do portu i w końcu, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, podniosły kotwice, zawróciły i odpłynęły na wschód. Niebezpieczeństwo inwazji zostało zażegnane.”
* Herodot, Dzieje, 6.116
** To właśnie ten marsz zainspirował Francuza Michela Breala do zaproponowania biegu maratońskiego, jako jednej z dyscyplin igrzysk olimpijskich w 1896 roku; bieg ten odbywał się tą samą trasą, którą Ateńczycy wracali z pola bitwy do Aten. Legenda, według której to Filippides przyniósł wieść o wyniku bitwy i krzyknąwszy Zwycięstwo! padł martwy z wycieńczenia, jest wprawdzie poetycka i piękna, lecz niezgodna z prawdą.”
—————————————
Tom Holland, Perski ogień. Pierwsze starcie Wschodu z Zachodem, Wydawnictwo Amber, Warszawa 2006, s. 159-166
Ilustracja: Luc-Olivier Merson, Żołnierz z Maratonu, 1869 – romantyczna malarska fantazja na temat domniemanych wydarzeń z sierpnia 490 r. p.n.e.



Komentarze