W zasadzie to nie ma co podsumowywać. Czerwiec był totalną katastrofą. Coś jest dziwnego z tymi dwoma miesiącami kończącymi półrocza – czerwcem i grudniem – że wszystko się w nich zawsze spiętrza, kumuluje i wpędza mnie w permanentny niedoczas. Wyjątku od reguły nie było i tym razem. Właściwie to nawet nie wiem, kiedy ten miesiąc minął. Tylko mignął mi przed oczami, jakbym jechała pociągiem TGV.
W czerwcu przebiegłam oszałamiające 30 km. Ostatni ”trening” zrobiłam 10 czerwca, wcześnie rano; to bieganie sprzed trzech tygodni straszliwie mnie zmęczyło, pozbawiając za jednym zamachem energii i motywacji do kolejnych treningów. W pierwszej dekadzie czerwca upały na dobre zadomowiły się w Warszawie, a ponieważ nie jest to moja ulubiona pogoda, więc nawet wcześnie rano nie chciało mi się już wychodzić. Potem Piotr wyjechał na jakiś czas, więc byłam sama z Maksiem. A potem Piotr wrócił, ale ja miałam z kolei mnóstwo roboty. No i tak dopełzłam do końca miesiąca z szalonym urobkiem trzydziestu kilometrów.
Ten żałosny wynik nie kwalifikuje się oczywiście do liczenia na jego podstawie jakichkolwiek statystyk. Forma, która na początku czerwca była w stadium poczwarki (z nadzieją na rozwinięcie skrzydeł w nadchodzących miesiącach) pewnie zredukowała mi się do poziomu marcowego; nie wiem, bo jeszcze nie sprawdzałam. Plany maratońskie powinnam chyba powiesić na kołku. Trzeba to sobie jasno i wyraźnie powiedzieć, że z wielkiego powrotu joycat na maratońskie trasy w tym roku nici. Na pewno pobiegnę w Biegu Powstania Warszawskiego (26 lipca, 10 km) i w Biegu Nike + (31 sierpnia, 10 km), ale na maraton robi się już za późno.
Cóż. Może to jeszcze nie jest ten moment w moim życiu. Maraton wymaga poświęceń, a ja nie mogę poświęcić żadnej z rzeczy, które mnie obecnie angażują. Wszystko jest Ważne i Pilne, i niczego nie mogę przesunąć w dół na liście priorytetów, a doba tymczasem nie jest z gumy: nie rozciąga się. Dodatkowo (z żalem uświadamiam sobie tę moją młodzieńczą ułomność i mam nadzieję, że minie mi to z wiekiem) potrzebuję niestety około siedmiu godzin snu na dobę. Zazdroszczę Grzegorzowi Kołodce, który nie dość, że potrafi efektywnie pracować do późnej nocy, to jeszcze zrywa się z łóżka zanim kur zapieje i wychodzi na 10-kilometrowy bieg. Prawda, że piękne? Też bym tak chciała.
Ale żeby się pocieszyć, że przecież to nie jest żadna życiowa tragedia, zanucę sobie kawałek piosenki Hooverphonic 50 Watts:
Oh no it’s not a catastrophe
Although it’s not what it used to be
We can go on, ignore the need to fall




Komentarzy: 4
lipiec 2, 2008 o 4:29 pm
Jeszcze będzie pięknie!
Powodzenia!
lipiec 2, 2008 o 5:35 pm
Jest jeszcze pozytyw, kiedy miesiąc się nie udaje – to zawsze motywacja do pracy jest większa, głód biegania daje się we znaki i wtedy powrót na trasę staje się ucztą wyborną, tego życzę.
A miesiąc już za, teraz można skupić się na lipcowym skwarze i wieczorami wypełniać plan.
lipiec 3, 2008 o 1:38 pm
A ja i tak Cię podziwiam za to, co do tej pory przebiegłaś!
lipiec 8, 2008 o 2:02 am
Mam to samo… w czerwcu zrobiłam 200%normy a lipiec zapowiada się podobnie…