You are currently browsing the monthly archive for lipiec 2008.

Warszawa nie chce się ode mnie odczepić. Przeglądając dziś wieczorem zdjęcia z naszego sobotniego spaceru po Starym Mieście, natrafiłam na średnio ciekawe, raczej dokumentalne niż reporterskie, ujęcie Krakowskiego Przedmieścia w stronę Placu Zamkowego. Ulica od dwóch tygodni jest już po całkowitym remoncie, postanowiliśmy więc przejść się i ocenić końcowy efekt. Jak to wygląda – widać na zdjęciu powyżej. Śmiem twierdzić, że w stolicy dorobiliśmy się nareszcie reprezentacyjnego traktu. Prawda, że jest piękny? Czasami jestem jak Żyd Dawid Halpern z Ziemi obiecanej, kiedy klarował zgorzkniałemu Trawińskiemu: … Ja nic nie robię, tylko sobie chodzę po Łodzi i patrzę, jak ona mi rośnie, to jest najlepsze lekarstwo na moją chorobę. Kompletnie bezkrytyczna i zaślepiona.

Read the rest of this entry »

Prawie ośmiuset biegaczy. Dziesięć kilometrów rozłożonych na pięć pętli po terenie Akademii Wychowania Fizycznego. Start o zmroku w zacienionej alei drzew, po wystrzale z pistoletu startowego. Meta – po zachodzie słońca, na stadionie, na tartanowej bieżni, w pełnej iluminacji reflektorów stadionowych. Wieczorny upał. Wzdłuż trasy setki palących się zniczy. Co kilkaset metrów powstańcze posterunki oznaczone płonącymi wysoko pochodniami. Powstańcy przemykający wzdłuż trasy i wrzeszczący na nas Głowy nisko, Niemcy atakują!! Z głośników ogłuszające odgłosy wystrzałów, huk wybuchających granatów i kanonada ciężkich dział, chrzęst czołgowych gąsiennic i zgrzyt pancernych wieżyczek obracających się do strzału. Nad stadionem nuty powstańczych piosenek. Na mecie prawie półkilogramowe medale, piękne dyplomy, woda mineralna, sok pomarańczowy, mgła ze świec dymnych i niezliczone błyski fleszy. Podniosła atmosfera.

Read the rest of this entry »

Jestem w przedziwnym stanie ducha i umysłu. Piątkowy wieczór po ekstremalnie pracowitym tygodniu. W głowie kłębią mi się tysiące myśli, idei, obaw. Kilka ważnych, dobrych rzeczy wydarzyło się w tym tygodniu – nie byłam na nie mentalnie przygotowana i nie wiem, jak się wobec nich zachować. Wpędzają mnie w niepokój. Wracają moje obsesyjne sny o walce z nieubłaganie upływającym czasem, kiedy każda minuta jest na wagę złota, a ja nie mogę za nimi nadążyć. Powiedziałam o tym dzisiaj Piotrowi, a on się zaśmiał, że to taki sam sen jak ten, który mam zawsze przez ważnymi zawodami: spóźniam się na start i potem w panice zakładam buty biegowe, aby biec przez kompletnie wymarłe miasto w poszukiwaniu stawki zawodników, która jest gdzieś tam daleko przede mną, a której nie mogę dogonić. W tym śnie zawsze gubię drogę i błąkam się po pustych, pozbawionych kibiców ulicach w poczuciu totalnej porażki.

Read the rest of this entry »

Rok 490 p.n.e. Trwa wojna grecko-perska. Armia perska dowodzona przez Dariusza ląduje pod miejscowością Maraton, zagrażając bezpośrednio Atenom.

“[...] Ateńczycy, mimo iż w głosowaniu opowiedzieli się za aktywną polityką Militiadesa, wciąż wzdragali się na myśl o tym, że mieliby sami stanąć i stawić czoła budzącym grozę najeźdźcom. Ledwie armia demokracji, kierując się pod Maraton, zniknęła z pola widzenia, pewien człowiek opuścił miasto, udając się w przeciwnym kierunku, na południe, na Peloponez. Był to niejaki Filippides, słynny atleta, najwybitniejszy w mieście biegacz, człowiek o niebywałej wytrzymałości i szybkości. Przebywając oszałamiającą odległość ponad 225 km w ciągu zaledwie dwóch dni, drugiego wieczoru swego biegu zszedł z dzikich wzgórz na północy Lacedemonu do doliny Eurotasu. Gdy słońce skryło się za szczytami Tajgetu, Filippides dotarł do luźnego skupiska nieufortyfikowanych koszar i świątyń – Sparty.

Read the rest of this entry »

“Ogrom państwa Inków zadziwia, gdy wziąć pod uwagę bariery utrudniające transport i komunikację. Doliny i wzgórza zbiegające z gór do oceanu przecinały szlaki z północy na południe; przemieszczać się było tym trudniej, że Inkowie nie znali koła (cały transport odbywał się na grzbietach lam lub ludzi) i nie rozbudowali żeglugi przybrzeżnej. Komunikację zapewniali jednak biegacze i tragarze.

Wzdłuż szlaków, mniej więcej co półtorej hiszpańskiej mili (około 7 km) rozmieszczone były po obu stronach drogi domki dla kurierów. Biegacz patrzył tylko w jedną stronę, czekając na przesyłki do przekazania do następnej stacji. Kurierów przygotowywano do tej pracy od najmłodszych lat; biegnąc przez całą dobę, potrafili pokonać przeciętnie 50 mil hiszpańskich dziennie (240 km!). Kronikarz Bernabe Cobo podaje, że podróż z Limy do Cuzco, około 140 mil hiszpańskich po trudnym szlaku, zajmowała im trzy dni. Mniej więcej w sto lat później hiszpańscy konni poczmistrze przebywali tę odległość w 12-13 dni. W XVIII wieku dyliżans z Nowego Jorku do Bostonu – ponad 320 km po płaskim terenie – jechał przez tydzień. [...]

Biegacze polegali co prawda nie tylko na własnych siłach; za środek dopingujący służyły im liście koki. Dość powszechnie mierzono zadania ilością koki, jaką wymagało ich wykonanie (cocadas); dla Chińczyków taką miarą były miski ryżu.”

David S. Landes, Bogactwo i nędza narodów, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, s. 135-136

Oto wczorajsze SBBP w pełnym składzie. Spotkanie odbyło się o uświęconej sześcioletnią tradycją godzinie ósmej rano, przy szlabanie u wejścia do Lasu Bielańskiego przy ul. Podleśnej. Miejsce to jest dla warszawskich biegaczy absolutnie kultowe – tutaj wszystko się zaczęło i temu szlabanowi zawdzięczamy fakt, że grupy biegowe mnożą się dzisiaj w całej Polsce jak grzyby po deszczu. Bo Sobotni Bielański Bieg Poranny był chyba pierwszą taką inicjatywą w naszym mało usportowionym kraju.

Read the rest of this entry »

Droga Mag. Czy byłaś kiedykolwiek w Warszawie 1 sierpnia? Nie, nie pytam o 1944 rok, bo że byłaś w Warszawie tamtego lata, w swym poprzednim wcieleniu, to ja doskonale o tym pamiętam. Pytam, czy byłaś w Warszawie współczesnej – w dniu, w którym przypada rocznica wybuchu Powstania. Chyba nie wszystkie telewizje to pokazują: moment, gdy upływa kolejny rok od Godziny W. Gdy pierwszego sierpnia zegary pokazują godzinę siedemnastą, w Warszawie, w tej zagonionej, zakorkowanej, tłocznej, gorącej Warszawie rozlega się wycie syren alarmowych. Ich przeraźliwy i smutny głos niesie się po ulicach i osiedlach, i nie ma takiego miejsca w całym mieście, gdzie nie byłoby ich słychać. W tym samym momencie na około minutę cała Warszawa staje na baczność. Na ulicach zatrzymują się samochody, wysiadają z nich ludzie i przez minutę patrzą przed siebie stojąc w postawie zasadniczej. Zatrzymują się tramwaje. Autobusy. Zatrzymują się przechodnie na ulicach, stawiają teczki, torby, siatki na ziemi, prostują się, słuchają dźwięku syren i przez chwilę zagłębiają się we wspomnieniach. Niektórzy z nich pewnie słyszą jeszcze te pierwsze strzały, które o tej samej porze ponad pół wieku temu rozległy się w uśpionym upałem mieście. W zeszłym roku Godzina W zastała mnie na osiedlu, podczas robienia drobnych zakupów. Wychodziłam właśnie z piekarni ze świeżym chlebem w ręku, gdy zawyły syreny. Na moment codzienna nasza krzątanina zamarła i staliśmy nieruchomi jak w stop-klatce dopóki nie przebrzmiało echo alarmu. Musisz wiedzieć Mag, że ten moment zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę.

Read the rest of this entry »

Nie wiem, jak to możliwe: nie dodaję nowych notek, ale blog chyba ma czytelników, bo statystyki idą powoli, acz systematycznie w górę. Ale jeżeli ktoś tu znajduje dla siebie jakieś ciekawe treści, a nie tylko moje bezustanne narzekanie na Wszechwładny Niedoczas, który trzyma mnie w swych szponach – to ja się bardzo cieszę.

Nie piszę, bo zarobiona jestem po uszy. W pracy wakacyjny wysyp projektów i tematów o Priorytecie Zero Absolutne. I to akurat na dwa tygodnie przed moim wyjazdem na urlop. Codziennie więc nerwowo zerkam w kalendarz i przerażeniem napawa mnie fakt, że do urlopu pozostało mi tylko jedenaście dni roboczych, w trakcie których wszystko będziemy musieli rozkopać, zamontować, a potem zakopać, przyklepać i jeszcze zaplanować tematy na najbliższe pół roku. Horror. Moja aktywność w pracy polega ostatnio głównie na chodzeniu na Szalenie Ważne Spotkania i wykasowywaniu z poczty maili, które nie dotyczą Szalenie Ważnych Spraw. Pozytywnym jednak objawem jest fakt, że nie imają się mnie nerwy. Bo też chyba już nic nie jest w stanie mnie zadziwić. Przetrzymaliśmy rozmaite trzęsienia ziemi, przetrzymamy i to. Notesy pęcznieją mi od notatek, ale głowa dziwnie lekka.

Read the rest of this entry »

Tak w charakterze update’u, co u mnie słychać. Nie piszę na blogu (inspiracji biegowych i okołobiegowych chwilowo brak), ale piszę gdzie indziej i co innego. Oto mój domowy warsztat pracy: stary i rozchybotany kuchenny stół, którego jednak nie opłaca nam się ani skręcać, ani sklejać, ani tym bardziej wymieniać na coś bardziej stabilnego, ponieważ już niebawem czeka go zasłużona emerytura po – bodajże – trzydziestu latach wiernej służby. Zastąpi go inny stół, który będzie stał w innej kuchni. Mam na razie mgliste o nim wyobrażenie: wiem tylko, że ma być długi. Czy jednak będzie równie atmosferyczny? Czy nadal będę wolała rozrzucanie moich papierów w kuchni, zamiast w pokoju przeznaczonym do pracy?

Read the rest of this entry »

W zasadzie to nie ma co podsumowywać. Czerwiec był totalną katastrofą. Coś jest dziwnego z tymi dwoma miesiącami kończącymi półrocza – czerwcem i grudniem – że wszystko się w nich zawsze spiętrza, kumuluje i wpędza mnie w permanentny niedoczas. Wyjątku od reguły nie było i tym razem. Właściwie to nawet nie wiem, kiedy ten miesiąc minął. Tylko mignął mi przed oczami, jakbym jechała pociągiem TGV.

Read the rest of this entry »

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Klikalność

  • 24,919 odwiedzin
Add to Technorati Favorites