Realizuję się ostatnio jako matka. To dość niezwykły dla mnie stan, bo generalnie – i niestety – jestem matką wieczorową, względnie weekendową, a przecież i to nie zawsze… Tym razem trochę z konieczności (Druga Połowa zagranicą), a trochę z autentycznej potrzeby serca, aby cementować tę naszą Ciągle Mi Się Wydaje, Że Zbyt Wątłą Relację, po powrocie z pracy rzucam wszystko w kąt, przebieram się w podwórkowy ciuch i idziemy z Maksiem w tango.

W tango, to znaczy najpierw do osiedlowego centrum handlowego, jakim są skupione wokół wybetonowanego placyku sklep spożywczy wielobranżowy, piekarnia, warzywniak “U Pani Basi”, jakiś lumpeks, kiosk ruchu, apteka, poczta, no i namiastka warzywno-owocowego bazarku w postaci kilku samochodów dostawczych, których właściciele sprzedają świeże, prosto z krzaczka bądź z drzewka płody rolne. W sklepie spożywczym sadowię Maksia w wózku na kółkach (na tej śmiesznej rozkładanej półeczce o udźwigu do 15 kg); to tak dla bezpieczeństwa, bo wówczas zasięg jego łapek jest ograniczony i mogę szybko odjechać z najbardziej niebezpiecznych rejonów sklepu, jakimi są - no surprise  - regały z czekoladami, cukierkami i wszelkiego rodzaju słodkim badziewiem. Dla każdego rodzica jest to oczywista zgroza, no ale marketingowcy też muszą jakoś na chleb zarabiać, rozumiem ich. Jeździmy więc wózkiem po sklepie i Maks osobiście wrzuca do kosza a to sejek, a to mjeko, a to kaśkę. Im bliżej kasy, tym większa presja na liziaćka. Niestety – to nie ja jestem odpowiedzialna za wpuszczenie Maksia do zakazanego świata słodyczy i to nie ja jako pierwsza kupiłam mu lizaka. Winowajca został zidentyfikowany, jest nim oczywiście jeden z dziadków, nie zmienia to jednak faktu, że dziecko już wie, co to lizak i da się za niego pokroić na plasterki. Przy kasie wszystkie moje rodzicielsko-stomatologiczne zasady biorą w łeb i osobiście podaję Maksowi puszkę, w której jest raj na ziemi, a mianowicie kilkadziesiąt lizaków o różnych smakach, i spośród tego bogactwa dokonany zostaje wybór, Ten Najwłaściwszy Wybór na dany dzień: wczoraj był to smak pomajańćowy.

Po wszystkich korowodach z płaceniem przy kasie, odwijaniem lizaka z papierka i pełnym zachwytów cmokaniem nad bladopomarańczową kulką z cukru nadzianą na patyk, idziemy jeszcze do panów rolników i kupujemy truskawki, z których zostanie sporządzony koktail mleczno-truskawkowy. Potem do domu: ja z siatkami równym krokiem, a Maks, zatkany lizakiem, wężykiem po chodniku, obowiązkowo po krawężnikach z rączkami szeroko rozłożonymi na boki i z dobiegającym zza lizaka mokrym warczeniem lotniczego silnika.

Po zakupach czas na rekreację, czyli obchód po osiedlowych placach zabaw. Jest ich kilka, wszystkie bez wyjatku bardzo dobrze wyposażone, ogrodzone, w piaskownicach czysty piasek. Dość powiedzieć, że w zeszłym roku tak zwany Duży Ogródek zdobył pierwsze miejsce w konkursie na najlepiej utrzymany plac zabaw w Warszawie i pani Prezydent m.st. Wawy ufundowała nawet jakąś nagrodę pieniężną. Anyway, w sezonie letnim we wszystkich ogródkach dzieciarni rój, rodziców jeszcze więcej, a nad całym osiedlem unosi się gęsta od dźwięków chmura decybeli.

Usiadłam sobie wczoraj w Dużym Ogródku na ławeczce przy piaskownicy, słońce przyjemnie grzało mi w plecy. Przede mną zaś niesłychany, fascynujący spektakl  z małymi ludźmi w roli głównej.

Oto moje dziecko porwało jakiś bezpański spychacz i znalazło się nagle w innym świecie. Jesteśmy na  budowie. Pełznąc na brzuchu po piasku rozsypanym na zewnątrz piaskownicy, z nosem przy lemieszu spychacza, Maks obserwuje w jaki sposób spychacz rozgarnia na boki piasek. Nad głową przechodzą mu dzieci, ktoś go zagaduje, ktoś inny prowadzi samochód terenowy po ścieżce przygotowanej przez spychacz. Spychacz oddala się wolno, zataczając koło wzdłuż zewnętrznego obwodu piaskownicy. Cały czas na brzuchu z nosem przy ziemi. Oczami wyobraźni widzę, ile piasku będę musiała wytrzepać z jego spodni.

Pojawia się mała Marlenka. Marlenka za nic ma zasady piaskownicowego savoir-vivre’u, wchodzi bezceremonialnie do piaskownicy szurając nóżkami i sypiąc piachem na wszystkie strony. Nie mija sekunda, a piasek jest już w oczku. Mama chusteczką doprowadza oczko do porządku, Marlenka chwyta łopatkę i zaczyna budowę głębokiego wykopu.

Chwilę później do towarzystwa w piaskownicy dołącza Tomuś, prowadzony przez korpulentną babcię. Tomuś jest w kurteczce, ale babcia – po szybkim zlustrowaniu ubioru innych dzieci – stwierdza, że chyba kurteczka to za dużo. Maks tymczasem czołga się w piasku w koszulce z krótkim rękawkiem i dociera do Tomusia. O! – okazuje się, że się świetnie znają, następuje rytualna wymiana uprzejmości i atrybutów: spychacz w zamian za samochód na wielkich kołach.

Do piaskownicy wskakuje dwóch siedmiolatków. Górują wzrostem nad pozostałymi maluchami. Robią szybkie rozpoznanie zaangażowanych w piaskownicę zabawek i ich wybór pada na spychacz, który znów trafił w ręce Maksia i który znów rzeźbi ścieżkę w piaszczystym podłożu. Jeden z chłopców kuca przy Maksiu i pyta o spychacz. Maks odpowiada przeciągłym i niedbałym Nieee… po czym odpełza dalej, ignorując kompletnie starszego kolegę. Ten przez chwilę patrzy za nim: widzę, że w jego mózgu zachodzą skomplikowane procesy decyzyjne mające go doprowadzić do celu, jakim jest przechwycenie spychacza, i ciekawa jestem, czy wybierze rozwiązanie siłowe. Ale nie, chłopiec rezygnuje ze spychacza i już biegnie w kierunku drabinek. Tymczasem Maksio kooperuje z Tomusiem przy budowie drogi wokół piaskownicy.

Patrzę na małego Tomusia, który kogoś mi przypomina - włosy półdługie, obcięte na pazia – i zastanawiam się, jakim będzie człowiekiem. Stają mi przed oczami moje zdjecia z przedszkola, sprzed trzydziestu lat, kiedy byliśmy właśnie tacy: pulchni, czyści, beztroscy, zajęci budowaniem świata w skali mikro. Bezkrytyczni. Zachwyceni. Nieskomplikowani. Bezpieczni. Kiedy nic nie zapowiadało naszych późniejszych losów. Kiedy nasze uniwersum sprowadzało się do rozległego podwórka na mokotowskim osiedlu, przedszkolnego ogródka i mieszkań naszych rodziców, i kiedy – na szczęście – nic jeszcze nie wiedzieliśmy o życiu. Patrzę na Maksia i kompletnie nie mogę sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał za dwadzieścia lat. Kim wtedy będzie? Kim będę ja. Czy będziemy przyjaciółmi? Czy przedstawi mi swoją dziewczynę? Czy wpuści mnie do swojego świata? Czy w ogóle będę mu jeszcze do czegokolwiek potrzebna.

Ławka przy piaskownicy: najlepsza lekcja z przemijania.

W końcu mówimy wszystkim dowidzenia. Siadamy na ławce, zdejmuję Maksiowi sandałki, skarpetki, wytrząsamy z nich piasek. Potem lecimy na górkę i z górki na pazurki Maks prosto w moje ramiona śmiejąc się na całe gardło tym swoim zaraźliwym śmiechem. Takie proste rzeczy będę wspominać, gdy już dorośnie. Kształt stópek, ten piasek, zakurzone spodenki.

Lu li la / Cicho chłopiec łka
Dziecko co w tobie tkwi
Lu li la / Dobrze sprawdź czy śpi
Lu li laj
Pewność miej / Nim zostawisz je

Dzisiaj może / Nie żałujesz wcale
Ale nigdy / Nie będziesz płakał tak jak dziecko
Ani tak się śmiał

(S. Karpiel-Bułecka, B. Kudasik)