W filmie Angielski pacjent usłyszeć można taki dialog:
ALMÁSY
What do you love?
Say everything.
KATHARINE
What do I love? I love rice pudding,
and water, the fish in it, hedgehogs!
The gardens at our house in Freshwater -
all my secret paths.
(…)
ALMÁSY
What else?
KATHARINE
Marmite*** – addicted! Baths – not
with other people! Islands. Your
handwriting. I could go on all day.
Ilekroć myślę o tej mojej żabiej inklinacji do skakania po kałużach i o pierwotnym umiłowaniu deszczu, tyle razy zawsze przypomina mi się ten dialog.
Piszę o tym dlatego, że już chyba najwyższy czas zdać sobie z tego sprawę i wyartykułować to czarno na białym: znowu susza. Jak co roku. W mojej części Warszawy deszcz nie spadł od trzech tygodni. Piszę “w mojej”, bo wiem z wiarygodnych źródeł, że na przykład w południowej części miasta, tam gdzie tkanka miejska rzednie i stopniowo przechodzi w podmiejską peryferyjną zabudowę, w ostatnią niedzielę lunął rzęsisty deszcz, reanimując uduszone upałem roślinność, zwierzęta i ludzi. Na zachodzie natomiast bez zmian. Słońce, słońce, słońce. Pięknie przystrzyżone jelonkowskie trawniki płowieją intensywnie z dnia na dzień. Z pól za każdym przejeżdżającym traktorem unoszą się tumany pyłu. O skali problemu świadczy fakt, że moje dziecko, zwykle kompletnie niewrażliwe na temperaturę, siedząc wczoraj w piaskownicy nieoczekiwanie stwierdziło, że jest mu gojąco i w środku dnia kategorycznie zażądało powrotu do domu. Kark i ręce ma już ciemne jak Cygan i nie usprawiedliwiają tego nawet geny po ojcu.
Tęsknię za deszczem, wilgocią i zielenią. Biega mi się ciężko. W ogóle przede wszystkim to ciężko mi się wstaje. Zmęczona jestem generalnie i całościowo, przydałby się kilkudniowy samotny urlop. Jak już wstanę i biegnę, to jest mi nieprzyjemnie i gorąco. O piątej rano słońce stoi już dość wysoko, ale bez przesady – nie będę przecież wstawała o czwartej! Powietrze jest tak suche, że w gardle po kilkuset metrach mam papier ścierny. Nie chce mi się jednak dźwigać na bieganie butelek z wodą. Dzisiaj jakimś cudem – doprawdy: to był cud - przetoczyłam się przez te dziesięć kilometrów, ale nie mogę nazwać tej spędzonej na bieganiu godziny Biegiem Mojego Życia. Czy całe lato takie będzie…? Straszna perspektywa.
P.S. *** Gdyby ktoś nie wiedział, co to jest Marmite – bo ja na przykład do dzisiaj nie wiedziałam, to proszę kliknąć tutaj.



